wtorek, 22 grudnia 2009

T jak terror - mecyje alfabetu wewnętrznego...


Terror, o którym przy okazji mojego wewnętrznego alfabetu chcę opowiedzieć, jest terrorem wewnętrznym; jest zniewolonym, zastraszonym umysłem.
Terror, o którym chce opowiedzieć, ma podłoże ekonomiczno-społeczne, i takież "nad-łoże"(wszelkie asocjacje pewnie nie są przypadkowe). Rezultatem jego jest zaawansowana postać znanego skądinąd ketmana.


Świat jest taki wygodny, przytulny. Dziewczyna z kubkiem kawy w puszystym białym szlafroczku siada na miękkiej, jasnej kanapie, okrywa się kocykiem, czyta książkę i jest bezpieczna w tym cudownym kapitalistycznym świecie. Przynajmniej w teorii, przynajmniej w reklamie zachęcającej do wykupienia polisy na życie, polisy na starość i chorobę. Dziewczyna z telewizora ma pracę, jej pożyczka na mieszkanie nie jest nieprzyzwoitych rozmarów, bo rodzice pomagali wnieść kapitał własny. Dziewczynie z ekranu dobrze w kapitalizmie, bo jest jego wytworem. Jest kreacją umysłów pracujących w agencji reklamowej, wytworem ludzi, w których życiu chwil przed telewizorem, czy nad książką jest mało, bo po pierwsze, ze dużo pracują, po drugie, niestety, w praktyce kapitalizm zatruty jest opozycją bezpieczeństwa, zatruty jest strachem: przed utratą pracy, przed spadkiem popytu/podaży, spadkiem ogólnego kursu "świata", a w szczególności niepewnością wyników na giełdzie w jakimś ponurym mieście na skrawku lądu, który tylko w teorii i ze względów historycznych nazywany jest wyspą.

Próba nie-egoistycznej obserwacji krystalicznie kapitalistycznego świata, bez żadnych niepotrzebnych socjalnych domieszek trochę uświadamia obecność kłamstwa.

Idąc dzisiaj do pracy, obserwowałam zaśnieżoną "nierozrywkową" gębę Nowego Yorku. Zmarznięci ludzie bez domów, szaleńcy w metrze błagający o drobne, panie z windy rozmawiające o braku ubezpieczenia zdrowotnego dla chorej córki, śmieci wystajace spod śniegu, szczury przytulające się do ludzi, ludzi przytulający się do szczurów, w podziemnych korytarzach. Brud, zapach rozkładu, ludzie znikający z życia, wywalani z niego jak niegrzeczni uczniowie z klasy, za brak pracy, za brak zdolności, za nierówność.
Współczuje temu światu, współczuje też Ameryce, którą świat postrzega jako kapitalistyczny ideał bogactwa i władzy. Współczuje wiary w korporacyjne szczęście.
Wiem, że w Stanach są tysiące tych, co im "się udało". Nie za bardzo jednak wciąż moge zobaczyć, co im się udało.

Terror wewnętrzny zwany także lękiem o "własną pupę", w sposób nieunikniony produkuje ketmana.
Ketman kapitalistyczny jest dwulicowością wiary w wolność i wiary w pieniądz. Oficjalnie wyznaje się wielką milość do demokracji, oficjalnie wierzy się w ideę ludzkich możliwości do tworzenia i kreacji Dobrego Świata. W środku natomiast ewolucja kapitalistycznego ketmana polega na stopniowym i świadomym uczeniu się kłamstwa. Oszustwo jest podstawową zasadą wolnego rynku i ekonomicznego dobrobytu - nie ma produktów dobrych dla wszystkich, nie ma produktów idealnych i za razem tanich,podstawowe potrzeby dawno zostały zaspokojone, a jednoczesne zadowolenie producenta i klienta jest kapitalistyczną bzdurą wyssaną z jakiejś "Bibli dla Kreatywnie Sprzedających Buble". Moralny szwindel jest akceptowalną podstawą zdrowego kapitalizmu i świat kocha ten szwindel nazywajac go wolnością - wolnym rynkiem. Ketman, proszę państwa ketman!
Ja nazywam sobie to terrorem - strachem przed utratą własnego dobrostanu, terrorem ego.

Kapitalizm jest dla mnie ustrojem ufundowanym na tym wewnętrznym strachu. Zastrzegam, nie mówię tutaj o starej i jarej demokracji. Mówię o ustroju ekonomicznym, który okrzyknięto "genialnym".
Ketman to uleganie terrowi wewnętrznemu i podporządkowanie się terrowi zewnętrznemu w celu przygłaskania strachu, to uleganie podwójnym standardom moralnym z obawy przed utratą "luksusiku".

I jak w kraju o obliczu komunistycznym trudno nie "ketmanić" by przetrwać, tak też w kraju kapitalistycznym trza się poruszać wraz z prądem.
Bułka z masłem - ketman terroru naszego codziennego.


Ps. Jako obywatel dwóch demokratycznych i kapitalistycznych państw poza wieloma innymi szlachetnymi prawami, mam równiez takie, że mogę sobie nie wierzyć w ideologiczne zasady rzadzące polityką gospodarczą tych państ, dopóki, dopóty nie stanowię zagrożenia. Nie stanowię. Mam swój szlafroczek, kubek z ciepłą kawą i wspaniałą miękką kanapę. Mam też chwilę na poczytanie książki. Jestem szczesliwa. Niech żyje kapitalizm! Hip, hip, hura!

środa, 28 października 2009

A w co wierzysz? Wyznania i osobiste filozofie zwyczajnych i niezwyczajnych ludzi. Jeszcze raz o pewnej audycji radiowej...

W co wierzysz? Czym kierujesz się w życiu?

W 1951 roku amerykański dziennikarz radiowy Edward R. Murrow zadał te pytania na antenie CBS (Columbia Broadcasting System), owierając tym samym historię This I believe, audycji radiowej i projektu społecznego, w którym czynny udzial wzięło ponad 60 000 ludzi na całym świecie. Ten wielotysięczny tłum napisał około 36 milionów słów mających wyrazić to, co w życiu najważniajsze. Wielu z tych ludzi otrzymało przywilej osobistego odczytania eseju na antenie radia.

This I believe - "W to wierzę" narodziło sie w okolicznościach powojennych, kiedy Ameryka zmagała sie ze swoim powojennym sumieniem, przestraszona II Wojną Swiatową, bombą atomową, komunizmem, niepewną przyszłością.

Historia This I Believe

Na kilka dni przed swoją śmiercią Margaret Trevor Wheelock, żona jednego z bardziej wpływowych biznesmenów z branży reklamowej w Filadelfii czytała wypowiedź teologa Josepha Forta Newtona o potrzebie znalezienia w życiu wewnętrznej równowagi, potrzebie życie według wartości, nie koniecznie tych materialnych. W 1949 roku, niedlugo po śmierci żony pan Wheelock spotkał się na obiedzie z Williamem S. Paley, szefem i założycielem CBS giganta medialnego, Donaldem Thornburgh, dyrektorem zarządzającym CBS w Filadefii i Edwardem R. Murrow - najbardziej znanym głosem w radiu amerykańskim, człowiekiem uznawanym za pioniera radiowego dziennikarstwa. Rozmawiali o nowym projekcie radiowym; byłyby to kilkuminowe "spowiedzi" ludzi znanych, o tym w co wierzą i czym w się w życiu kierują, nadawane codzinnie w lokalnej rozglosni w Filadelfii, później moze także w całym kraju.

Murrow, Wheelock i Edward P. Morgan początkowo do programu wybierali osoby znane z życia publicznego. W pierwszych dwudziestu audycjach wystąpilo kilku senatorów, paru wpływowych biznesmenów, filozofów, profesorów, sportowców i producentów filmowych. Tymczasem do twórców audycji trafił list pewnej gospodyni domowej, Nie podobała się jej elitarność w doborze gości i zażądała miejsca dla siebie, dla wszystkich zwyczajnych, przeciętnych obywateli. W kolejnych programach zaczeli więc pojawiać się taksówkarze i rzeźnicy, rolnicy, nauczyciele i pielęgniarki. Początkowo nadawane lokalnie w Filadelfii, "W to wierze" po paru miesiącach można było usłyszeć z 196 stacji w całym kraju. Twórcy programu pytali o życiowe credo, o to, co pozwala na odwagę przeżywania dnia kolejnego, co żywi nadzieją, co nie pozwala poddać sie; pytali o niekoniecznie religijne wyznanie wiary, o nasze, ludzkie osobiste intymne "w to właśnie wierzę".

Pierwsi sluchacze w 1951 uslyszeli:

"This I beleieve - W to wierze". Pod tym tytułem przedstawiamy państwu osobiste filozofie mężczyzn i kobiet z różnych środowisk, z różnych ścieżek życia. W krótkim czasie audycji bankier i rzeźnik, malarz i opiekun społeczny, słowem ludzie, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz szczerości i prawdomówności, podzielą się swoją opowieścią o zasadach, wedle których żyją, o rzeczach, które stanowią podstawową wartość w ich życiu.
Nie trzeba nam przypominać, ze żyjemy w czasach niepewnych, wielu z nas zamieniła wiarę na cynizm i rozgoryczenie, czasami cieżką rozpacz lub nawet histeryczne rozdygotanie. Nic nie znaczące porady, opinie, osądy dostępne są wszędzie za bezcen, trudno natomiast o dobra podstawowe takie jak odwaga, hart ducha i wiara.
Wysoko nad nami jak dochodzący z oddali grzmot i zarazem całkiem blisko, jak wilgotna bliskość londynskiej mgły, zbierają się chmury strachu.
Ten strach jest fizyczny, strach nakazujący niektórym z nas opuścić dom, zakopać się w ziemi doliny Montany jak preriowy piesek i ucieć, choć na chwilę od furii bomby atomowej, lub jakiejkolwiek innej piekielnej bomby.
Jest także strach psychiczny, który sprawia, ze na podwórku i w domu sasiadów niektórzy z nas dostrzegają czarownice i wiedźmy, i w popłochu palą ten dom. Jest takze rozprzestrzeniający się strach, wynikający z wątpliwości, dotyczących tego, czego nas nauczono, wiarygodności, tych wszystkich rzeczy, które uznawaliśmy za trwałe i nie podlegąjce zmianom. Trudniej niż kiedykolwiek w historii jest odróżnić biel od czerni, dobro od zła.(...)
Powinniśmy jednak ostrzec cię przed czymś: This I believe nie przyniesie automatycznego rozwiązania wszystkich życiowych problemów, nie dostarczy odpowiedzi. Nie jesteśmy duchową lub psychologiczną apteczką pierwszej pomocy, z której cierpiący na ból głowy naszych czasów może wedle potrzeby wziąć i połknąć, jak aspirynę usuwająca problem, tabletkę madrości. (...)"

Co wiecej! W 97 amerykanskich lokalnych gazetach publikowano eseje stanowiące podstawę radiowego programu. Czytelnicy mogli także wysłać do redakcji swoje wyznanie. Wkrótce program byl słyszalny także w innych krajach, wszedzie, gdzie docieral Głos Ameryki, rządowa stacja amerykanska i U.S. Armed Forces Network - rozgłośnia amerykańskiej armii. Program przetłumaczono na sześć jezyków. Od 1956 roku w Radiu Luxemburg mozna było usłyszeć półgodzinną europejską wersję programu. Na słynnej fali 208 metrów, program okreslano jako "ludzki dramat wyznania wiary w czasach niepokojów i przeciwności".
This I believe nie można było oficjalnie usłyszeć w Polsce.

W 1952 roku wydano pierwszy zbiór stu esejów. Książka sprzedała się wyśmienicie, doganiając ilością sprzedanych egzemplarzy Biblię. Pozostawała na liście bestsellerow przez trzy lata. Columbia Records wypuściła dwie płyty z nagraniami radiowymi, które wkrótce sprzedawały się w milionach egzemplarzy.
W kolejnych latach wydano jeszcze kilka zbiorów eseji, zawierających wyznania brytyjczykow, amerykanów i autorów z Bliskiego Wschodu.

Coraz wiecej ludzi pisało swoje eseje. Okazalo sie, ze pytanie wywołało potrzebę odpowiedzi, puszczone w eter domagało sie głosu. W ten sposób autorzy audycji zachęcili tysiące ludzi do spojrzenia w siebie, zadania sobie pytania - co jest dla mnie najważniejsze?
A przy okazji całe przedsiewzięcie było wprawką pisarską... Dwie pieczenie na jednym ogniu: poszukiwania samego siebie, rozwijania samo-świadomości i ćwiczenie warsztatu pisarskiego, reporterskiego.

Kiedy Ward Wheelock, który przez wszystkie te lata zajmował się znjadowaniem sponsorów na transmisję programu niespodziewanie zmarł w wypadku w 1955 roku, program został z anteny zdjęty.
Jak to czesto bywa w Ameryce wartości materialne wygrały.
Jak to czesto w Ameryce bywa wartości duchowe powstały z popiołów prawie pięćdziesiąt lat później.

This I believe po latach


W 2003 r. producent radiowy Dan Gediman lerząc chory w łóżku i umierając z nudów, z półki z książkami swojej żony wybrał zbiór This I believe. Od pierwszych niemal stron wiedział, że "to jest to", że chce powtórzyć ekseperyment z tworzenim cichej i spokojnej przestrzeni w rozgadanej i ciągle zmieniającej się rzeczywistości, przestrzeni, w której ludzie z zupelnie odmiennymi doświadczeniami życiowymi, mogliby podzielić się nimi z innymi, posłuchać innych, kto wie, może nawet coś zmienić w swoim życiu?
W 2005 roku na falach Publicznego Radia (NPR) Dan Gediman i dziennikarz Jay Allison wskrzesili dialog pytającego i odpowiadających.
Czasy znowu były niepewne, znów przesycone wojennym strachem (wojna w Iraku i Afganistanie), znów w obliczu niemal niewidocznego wroga, w obliczu finansowego kryzysu. Jak twierdzi Dan Gediman jego celem jest przyczynienie się do rozwoju społeczeństwa poprzez "umożliwienie ludziom myślenia, wyrażania i dzielenia się z innymi swoimi wewnętrznymi głębokimi wierzeniami i przekonaniami."
Autorzy nie tylko odtworzyli audycje, ale stworzyli stronę internetowa, www.thisibelieve.org , gdzie każdy, z najodleglejszego zakątka świata może opublikować swój artykuł, ale także za darmo posłuchać i przeczytać zwierzenia towarzyszy w istnieniu. Nowe "W to wierzę" to organizacja non-profit, utrzymująca stronę internetowa, wydająca książki (pierwszy zbior ukazal sie w 2006, kolejny w 2008 roku), prowadząca wykłady dotyczące zasad pisania esejów, podpowiadająca jak napisać swój własny, jak znaleźć w sobie to, co najważniejsze, jak rozpocząć poszukiwania w mrocznej krainie samoświadomości, w głębi naszego serca. W amerykańskich szkołach w ramach lekcji literatury uczniowie nakłaniani są do napisania, a przedtem odnalezienia wewntąrz własnego credo.

Napisz swój esej - podziel się swoim światem.

Książeczkę z esejemi dostałam z okazji Swiąt Bożego Narodzenia. Moja amerykańska teściowa, która dziwnym zbiegiem okoliczności zawsze zdoła prześwietlić moją duszę, po prostu wiedziała, ze książka mi się spodoba. Ona i ja wkrótce siadłyśmy do napisania naszych wyznań. Przyznaję, nie bylo łatwo, nie moglam w 600 slowach złapać esencji, tego co naprawdę jest istotą i ziarnem mojego życia. Pierwsze moje "W to wierzę" jest potwornie chaotyczne, ale postanowiłam wracać do zadania, potraktować je jak coroczne podsumowanie, zamiast noworocznych postanowień bedę noworocznie wyznawała wiarę w swoją drogę.
Autorzy projektu podpowiadają, by w pisaniu własnego eseju kierować się prostymi zasadami - należy opowiadać własną historię i trzymać się rzeczywistości i doświadczenia, można opowiedzieć o tych momentach i przeżyciach, które pomogły nam uświadomić sobie co jest najważniejsze. Nalezy spróbować nazwać, to co stanowi meritum naszej osobistej filozofii. Radzą: opowiadaj o sobie, w pierwszej osobie, nie mów o tym z czym się nie zgadzasz i w co nie wierzysz, lub nie chcesz wierzyć, unikaj dogmatów, usłysz siebie.
Proste, prawda?

środa, 9 września 2009

S jak smutek, egzystencjalny dodajmy. Pozegnanie z Cioranem.

"Radosc nie ma argumentow, smutek ma ich mnostwo. Skutkiem tego wlasnie jest tak okropny i tak trudno nam sie z niego wyleczyc" ( Emil Cioran, Zeszyty 1957-1972)

Sto lat temu, otworzylam serce swoje na depresyjne notatki Emila Ciorana i jak ten wspomniany w Biegunach Olgi Tokarczuk czlek, kazdego dnia czytalam jeden z aforyzmow z rana, by nosic go jak sztandar, przepowiednie, wyznanie wiary, przez dzionek caly.

Myslalam sobie, mloda studentka filozofi bedac: o rany, alez ta prawda ma wielkie oczy, nieogolona twarz i jakis wewnetrzny bol?, strach?, co dokladnie, pewna nie jestem.
Kurs z egzystencjalizmu, do tego z filozofii starozytnej wchodzacej w sredniowiecze (specjalne uklony dla stoikow oraz przepieknie rozkwitajacej gnozy), wyklady z postmodernizmu i na to wszystko jeszcze filozofia fizyki ksztaltowaly wyznanie – czulam sie przygnieciona i zrozpaczona wszechobecnoscia rozkladu, przemijania, samotnosci, negacji, nieoznaczonosci i nicosci. Jako nowo-nawrocona nowicjuszka - wierzylam, calym swoim brakiem istoty, cala swa wewnetrzna nicoscia!

"Czlowiek sadzi, ze zbliza sie do tego czy innego celu, zapominajac, ze w rzeczywistosci przybliza sie do celu wlasciwego, do rozkladu, bedacego celem wszystkich innych" (Emil Cioran, Wyznania i Anatemy)

Cioran smutny i wiecznie niedospany, Schopenhauer kwasny, Siddharta Gautama – piewca wszechobecnosci cierpienia, wywolywal rozpaczliwa potrzebe ucieczki z samsary, znaczy sie z tego swiata.

"Jakze tu smiac sie, jakze sie radowac, skoro ten swiat ciagle plonie? Dlaczego wy, bladzicie slepo w ciemnosci, nie szukacie swiatla?" (Muttavali, Ksiega wypisow starobuddyjskich)

Z drugiej strony jednakowoz, bedac lekkoduchem i kpiarzem sklonnym do zabawy i przedstawien, a jakze, z perspektywami nieodkrytymi, z nadzieja na swiat jak dlugi on i szeroki, tak sobie niewinnie myslalam: eee tam, poza to i geba tylko, taka intelektualna maska, bo niby bez kopniaka myslec sie nie da, bo cierpienie obecne byc musi w procesie tworzenia. Ale siedzialam cicho, bo jak powiadal mistrz:

"Czlowiek dobrze sie majacy jest na plaszczyznie duchowej bez szans. Glebia to wylaczny przywilej tych, ktorzy cierpieli." (Emil Cioram, Rozmowy z Cioranem)

Tak wlasnie majac lat nascie i dwadziescia "kilkoro" stalam sie latwym lupem dla smutku. Wygral, zwyciezyl, pokonal mnie – bez walki. Uwiodl, zauroczyl, omotal – trzeba dodac. No ktozby nie chial choc raz w zyciu spojrzec w oczy metafizycznej glebi, choc przez moment prosto w slonce popatrzec, choc przez chwile posiedziec w Krolestwie Prawdy. Smutek, samotnosc, ba ropacz i desperacja, wraz z umiejetnoscia czytania i pisania, wyprowadzania prostych sylogizmow i zerojedynkowania zdan, mialy stac sie moimi narzedziami "do przezywania swiata". Do tego dochodzily, wrodzone chyba, zlosc i malkonenctwo, nabyta mizantropia i zwiazane z nia tendencje eskapistyczne.

Cioran na sniadanie, w niedogodnej porannej godzinie, a juz na szczycie rozpaczy zwierzal sie lirycznie, smutno znaczy sie, a ja sluchalam: "Chcialbym roztopic sie w jednej lzie, w ktorej uwiezlby promien slonca, a ja moglbym zaplakac u kresu swiatlosci" ( Emil Cioran, Swieci i lzy)

Jako zapowiadajaca sie poetka, smutna byc musialam, a jako zapowiadajacy sie filozof smutek i samotnosc - objawy kontemplacji substancji/istoty/idei/pojecia/dogmatu etc., oblicze me mialy przykryc na zawsze juz. Tak se, glupia, myslalam:

" Przedluzajaca sie zywiolowa radosc jest blizej szalenstwa niz uporczywy smutek, ktory usprawiedliwia namysl czy nawet zwykla obserwacja, natomiast wykraczajaca poza zwyczajowe ramy radosc jest wynikiem jakiegos zaburzenia umyslowego. O ile bycie wesolym jest raczej niepokojace jesli wezmie sie pod uwage sam fakt istnienia, o tyle bycie smutnym to naturalny odruch kazdego, tego nawet, ktory jeszcze nie nauczyl sie gaworzyc." (Emil Cioran, Wyznania i anatemy)

Sadze, jestem pewna, ze kiedys wiedzialam, czym jest ten smutek. Sadze, ze bylam calkiem zaprzyjazniona z pojeciami ciezkimi od zawartej w nich goryczy i grozy. Nie potrafiac gaworzyc w moim obecnym jezyku, kurczowo czepialam sie slow znanych, lirycznie prostych i przewidywalnych, jak na przyklad: nieredukowalna samotnosc jednostki, nieredukowalna ambiwalencja sytemow wartosci, dekonstrukcja uniwerasalnych zasad, niezrozumienie, nieprzekladalnosc jezykow etc. Alfabet moj az puslowal od gniewu i samotnosci.

Siegnelam sobie po Ciorana znowu, po latach.
Jade ci ja metrem z Brooklynu w strone pietrzacego sie Manhattanu, wyizolowana w sposob klasyczny, jak potrzeba, od tlumu, no bo i nie stad, i nie tak, i niby wszystko inaczej; jade ci ja ze wszelkim brakiem perspektyw, z trudnosciami zywota doczesnego jade, i mimo to, a moze wlasnie dlatego, Cioran zaczyna mnie bawic. Smieje sie na glos. Nawet cienia smutku Cioran nie wywoluje! Nic! Smiech i glupkowata radosc.
No coz, kariere jako filozof i poetka najwyrazniej uznac musze za skonczona.


"Prawdziwa spowiedz mozna napisac tylko lzami" - powiada Cioran. Ale kto chce sluchac/czytac spowiedzi? Spowiedzi bywaja potwornie nudne...

sobota, 15 sierpnia 2009

Rownanie na Prawde.


W typowym supermarkecie z "mydlem i powidlem" obok reklamowych broszurek oznajmiajacych obnizki cen na karkowke i 100% sok pomaranczowy znalazlam cienka ksiazeczke, a w niej paradoksalne "rownanie" na Prawde, ba na Prawdziwy Wszechswiat!

"The universe minus the false self minus the false universe equals the emptiness equals the true universe"

Znajduje sie tam tez "wytlumaczenie":
"Substraction is the only way to become true; and the only place I can be made true is true."

Majsterszyk pustoslowia! Prawda sprzedawana w amerykanskim supermarkecie!
A niech tam – odejmuje wiec siebie (nieprawdziwa) od swiata, swiat (nieprawdziwy) od swiata i zostaje mi, a jakze, jedyne prawdziwe Nic. Pustka. Prawda.
Ach jakiez pocieszenie...Juz czuje sie lepiej.

wtorek, 4 sierpnia 2009

Tropem swiatla. Latarnie morskie w Maine.

















Nie jestem smakoszem homara ni krewetek, i nie dlatego Portland czy York (Maine) wabia i uwodza. Tym razem droga do serca wiedzie przez oko i ucho – kuszaca architektura latarni morskich w polaczeniu z szaroscia skal na wybrzezu i szum oceanu.
Szlak "tropem latarni morskich w Maine", nasze fotograficzne lowy, rozpoczelismy w miejscowosci York. Dokladnie w York Village, bo Yorki sa az trzy, tuz kolo siebie: Village, Harbor i Beach. A kazdy inny. W York Village zjedlismy sniadanie – zwyczajny bagel z kawa. Dziesiecioletni chlopiec przy stoliku obok wyrazil to, co podpowiadaly moje kubki smakowe. “To najlepszy bagel jakiego w zyciu jadlem” – powiedzial. York Village oferuje plazowanie na malej, raczej bagnistej niz piaszczystej plazy i spacer po kamienistym wybrzezu.
York Beach ciagnie sie wzdluz drogi - male biale domki "z paneli", mnostwo drutow zwisajacych nad droga, drewniane slupy, budki z homarem, budki z hot-dogiem, stoiska z lodami i lemoniada, wrazenie "taniosci" i tymczasowosci. Long Sands Beach jest blotnym rajem dla tych, ktorzy chyba nie mieszcza sie w liczbowych granicach "klasy sredniej" – albo tylko sprawiaja takie wrazenie ze swoimi kolorowymi parasolami w stylu hawajsko-nijakim. Zapach oleju po frytkach i rybach, zgnily zapach wody. Ale zaraz za rogiem, tuz za zakretem, zgodnie z niepodwazalna amerykanska regula wszechobecnosci kontrastu, wylania sie Cape Neddick i pierwsza latarnia morska zwana Nubble Light. Czujemy sie jak zdobywcy – szalejemy z radosci, wdrapujemy sie na skaly, probujemy dotknac morskich balwanow stojac tuz-tuz, na krawedzi. Widzimy ja, ale nie mozemy dotknac, nie mozemy sie do niej zblizyc. Zamieramy.
Bo jest cos spektakularnego w latarniach morskich, w smuklych konstrukcjach na granicach swiatow: ladu i morza, ludzi i natury. Wystawiona na mrozny wiatr, na kawalku skaly, na malej wysepce oddalonej okolo 180 metrow od ladu wysyla swiatlo, wiadomosc o istnieniu swiata, do zblakanych zeglarzy, do morskich duchow, do pana Boga.

Ktos nam powiedzial, ze w czasie odplywu mozna tam nawet dojsc, czasami. Patrzymy na sklebione fale uderzajace dramatycznie o brzegi, konkurujace z glosnym zawodzeniem mew. Nie wierzymy - kolektywnie.

Nubble Light zbudowano w 1879 roku. Od tamtej pory jest w uzyciu, w swieceniu. Soczewka uzyta w latarni powstala w Paryzu w 1891.
Latarnia ma zaledwie 12 i pol metra wysokosci. Drugie tyle dodaja skaly. Efekt - widzialne z 20 kilemetrow czerwone blyski.
Kolory uzyte do namalowania tego obrazka: bialy, czerwony, zielony i niebiesko-szary. Czyste, wyrazne barwy. Kiedy w 1977 NASA w Voyagerze numer dwa wysylala wiadomosc do innych cywilizacji o tym cosmy my, ziemianie, stworzyli, wsrod roznych obrazkow i fotografii wyslano takze ta z Nubble Light...
Od 1807 wielu marynarzy mowilo o potrzebie wybudowania latarni. Zwlaszcza po tym jak tuz obok o skaly Bald Head Cliff rozbila sie Isidore. Ach Isidore, Isidore, Isidore - statek widmo, zaloga duchow krazy wokol skal i dzis, wabiona jak cma swiatlem ludzi, swiatlem latarni.
W koncu projekt zatwierdzono i za sume 15 tysiecy dolarow wybudowano ceglasto zelazna konstrukcja wysylajaca czerwone swiatlo.
Od poczatku na wysepce, w malym bialym domku zyje latarnik – podtrzymujacy ”ogien”. Dzis zastapiony elektrycznoscia, jakims na-ladowym przyciskiem komputerem, ktory na-ladowy nie- latarnik naciska na-ladowym kciukiem... A moze nie, moze wciaz na Nubble zyje prawdziwy latarnik. Swiadczylby o tym koszyk zawieszony pomiedzy ladem i wyspa – tak jakby kazdego dnia wysylano tam mleko i papierosy dla odludka.
Wyobrazam sobie, ze wysepka z latarnia musiala stanowic prawdziwa arkadyjska kraine dla dzieci, ktore dostapily godnosci dojrzewania w swietle. Synowie Davida Winchestera codziennie ladowali w koszyku i nadmorska kolejka przenoszeni byli na lad, do szkoly. Ktos sfotografowal dzieci w koszyku, ktos uwiecznil to na obrazku, ktory zdobyl nagrode w lokalnym konkursie artystycznym, ktoras gazeta zdjecie i obraz opublikowala i w koncu stanowczo zabroniono procederu “posiadania” dzieci - na wyspie... Ale koty byly dozwolone. Slynny stal sie 9 kilogramowy kocur codziennie przeplywajacy kanal dzielacy lad i wyspe w poszukiwaniu liczniejszego towarzystwa.
Chcialabym uslyszec historie latarnikow, samotnicze iluzje i opowiesci uslyszane w szalejacym zima wietrze.

Chcemy wiecej, wiecej tych czarow! Jedziemy do Portland by podziwiac Portland Head Light, latarnie z poematu napisanego przez Henry Wadsworth Longfellow:

" The rocky ledge runs far out into the sea
And on its outer point, some miles away,
The lighthouse lifts its massive masonry,
A pillar of fire by night, of cloud by day.
(...)
A new Prometheus, chained upon the rock,
Still grasping in his hand the fire of love,
it does not hear the cry, nor heed the shock,
but hails the mariner with words of love.(...)"

Powiadaja ze latarnia symbolizuje caly stan Maine: skaliste wybrzeze, rozbijajace sie o kamienie fale i czyste, nasycone sola powietrze.

Latarnia znajduje sie w bylym wojskowym forcie Williams (zielonosc w pagorkach, dzieci puszczajace latawca) i stoi na skraju, na rabku ostro poszarpanych glazow, niedaleko "furtki" do starego portu w Portland. Budowe rozpoczeto w 1787, zatwierdzil ja sam George Washington. Potrwala cztery lata. Powstala kamienno – murowana konstrukcja, ktorej wysokosc przez lata zmienna byla – gdy w czasie wojennych zawieruch waga swiatelka bezpiecznie prowadzacego do celu byla doceniana, wieze podwyzszano, w czasach pokoju, i rozwoju cywilizacji nadmorskiej, odejmowano jej metry. Dzisiaj Portland Head Light wznosi sie na wysokosc 24,5 metra, a jej swiatlo widziane jest 26 km od brzegu.
Latarnia i przylatarniowy domek nalezalo czesto przebudowywac i odswiezac, bo wiatr, woda i roczny zapas oleju do lampy skladowany przez latarnika, a takze gromady szczurow okupujacych wieze (od razu mysle o Popielu)– nie pomagaly utrzymywac miejsca w dobrym stanie. Poczatkowo wydane 1500 dolarow mnozylo swoje zera. No coz, swiatlo jest drogie...
Przez 59 lat latarnia byla familijna – swiatla strzegl maz, zona a pozniej syn. Joshua, Mary i Joseph Strout zakochali sie w widoku z okna. Roczna pensja latarnika w 1869 wynosila 620 dolarow...





















Joseph Strout, syn latarniczej pary mial powiedziec (w Lewiston Journal, lokalnej gazecie):"Moj ojciec byl latarnikiem, ja jestem laternikiem. Cala rodzina ma ta latarnie we krwi. Moj ojciec Joshua Freeman Strout dostal swoje imie po kapitanie Joshua Freemanie. On tez byl laternikiem, a moja babcia jako szesnastoletnia dziewczyna pracowala u kapitana. (...) Freeman zwykl trzymac w poblizu fotela, na ktorym przesiadywal zwoje lin – na wypadek gdyby jakis statek rozbil sie i trzeba bylo niesc pomoc".
Z latarnikiem Josephem mieszkala papuga – Billy. Uwielbiala muzyke i gdy tylko zblizal sie sztorm, chmury zaslanialy swiatlo latarni, zachecala Joe do "trabienia" (latarnia miala w alternatywnie do zaoferowania sygnaly dzwiekowe – najpierw wielki dzwon, ktory kiedys, spadajac, nieomal zabial Joshua, pozniej syrene dzwiekowa).
Zycie w Portland Head Light podobno nie bylo typowo latarniczo-pustelnicze. Wiele ludzi odwiedzalo i odwiedza to miejsce. Podobno, w 1950 roku, pewna dama wkroczyla do absolutnie prywatnej kuchni latarnika i zasiadwszy za stolem oczekiwala na przybycie kelnera.

Od 1989 w domku przy latarni nie mieszka juz zaden straznik ognia – latarnia zapala sie sama.

wtorek, 30 czerwca 2009

R jak radosc

W czasach niepewnosci i niestabilnosci trudno zachowac spokoj, przytomnosc wobec zasad, w ktore sie wierzy. Jakze trudno wtedy budzic sie z usmiechem zadowolenia, z akceptacja wobec tego, co "mi sie" przydaza. W czasach zametu trudno byc wiernym przykazaniu: nie bedziesz wpadal w spazmy i rozgoraczkowanie, gdy na zewnatrz twego domu szaleje burza.
W czasach zarazy szuka sie lekarstwa, dzwoni do lekarzy, wpada sie w panike, wyciaga reke do przyjaciol, pisze testament, czasami nawet planuje sie pogrzeb, bo przeciez nie sposob uciec chorobie... Jakze trudno wtedy uwierzyc, ze jest sie bezpiecznym dopoki, dopoty agregat wewnetrzy wytwarza radosc.

Przepis na radosc jest prosty, wystarczy zmieszac swiadomosc ze wspolczuciem. Tyle. Wszystko dostepne 24 godziny na dobe, siedem dni w tygodniu!

Ze drogo? Ze niewygodne w uzyciu? Prawda to – czasami ingredienty kosztowac moga fortune! Samoswiadomosc, przytomnosc i opanowanie wobec wlasnych slow, mysli i czynow w momencie interakcji z "durniem" – czlowiekiem, organizacja, zasada? Wspolczucie wobec kogos, kto posolil nasza otwarta rane? Swiadomosc nietrwalosci wszystkiego, w momencie wydawania ostatnich pieniedzy na niedzielny obiad dla rodziny? Spokoj gdy zdrada, gdy zadza pluska sie w morzu naszych uczuc? Wspolczucie dla autora "Naszej Gehenny", dzielka opaslego w niewygodne zdarzenia?
No dobrze, czasami faktycznie trudno przyrzadzic koktajl radosci, zwlaszcza w warunkach polowych, bez miksera czy shekera. No dobrze, czasami rozpacz, lub jakas jej podrobka kosztuje o wiele mniej i latwiej ja dostac.

Radosc jednakowoz jest racjonalnym wyborem konsumenckim! O tak, wbrew pozornie wysokim kosztom oplaca sie budzic codziennie z usmiechem niepowagi, warto reagowac lekkoscia zrozumienia na sytuacje stresujace, warto w zmaganiach ze Strasznie Okrutnym Swiatem miec w pogotowiu malutka flaszeczke z odrobina radosci...z istnienia, z tu i teraz.
Konsumet "powinien" zachowywac sie racjonalnie, wybierajac sposrod alternatyw to, czego zakup (koszt) przyniesie jak najwieksza korzysc. Stosunek kosztu do korzysci ma przechylac sie zawsze na strone korzysci. Teoretycznie.
Przy podejmowanej jutro rano decyzji, (o tak, taka decyzja podejmuje sie codziennie, wielokrotnie) radosc czy zmartwienie, kreacja czy entropia, swiadomosc czy niewiedza, warto wybrac to, co moze czasami troszke drozsze, moze nawet, hm, luksusowe, ale bedzie niezle sluzylo przez nastepne tysiaclecia.

Czasami zapominam, ze kiedys wydalam wszystkie oszczednosci na ten specyfik i wlasciwie mam do niego staly dostep. Czasami zapominam zazyc popoludniowej dawki i wiedne od nadmiaru toksycznych zmartwien. Cale szczescie mam lustro i ilekroc w nie spojrze, pytajac sie samej siebie: no jak tam?, widze rozesmiana twarz, czasami przez lzy, czasami jeszcze z rozplomienionym od gniewu policzkami.
Moje lustro to medytacja, "nic nie robienie", albo robienie nic w okreslonym miejscu i okreslonym czasie, zwane czasami "byciem sobie". Medytacja zdecydowanie jest najprostszym znanym mi sposobem na zmiksowanie swiadomosci i wspolczucia, na uzyskanie mikstury zwanej radoscia.
Mozna sie nawet w takiej medytacji wiercic, wcale nie trzeba nic nie myslec – to wszystko mity sprzedawane przez konkurencje!
Jesli kupowac radosc to tylko najlepszej jakosci, oryginalna radosc istnienia.

Gate Gate Para Gate Parasamgate Bodhi Svaha!

wtorek, 23 czerwca 2009

New Hampshire





Live free or die - motto stanu New Hampshire jakos atakuje swoja radykalnoscia. Nie wiem czy lubie te "goralska" nachalnosc... Uwielbiam w New Hampshire przestrzen.
Co tydzien staram sie choc przez chwile posiedziec na szczycie jakiejs gorki.

środa, 10 czerwca 2009

Radosc nieposiadania

Przeczytalam i na szybko przetlumaczylam , bo wzruszajace, naiwne, dla mnie prawdziwe...

Joy of Less, by Pico Iyer , New York Times, June 7, 2009


"Rytm mojego serca stal sie glebszy, zywszy, ale i za razem przepelniony jakims spokojem, tak jakbym przez caly ten czas przechowywala jakies wewnetrzne bogactwo. Moje zycie jest sekwencja wewnetrznych cudow". Te slowa napisala mloda holenderka Etty Hillesum w przejsciowym obozie nazistowskim w 1943 roku, na dwa miesiace przed smiercia w Oswiecimiu.
Ralph Waldo Emerson, doswiadczywszy w wieku lat 7 smierci ojca, w wieku dwudziestu lat utraciwszy zone i pierworodnego syna, pod koniec swego zycia pelen wiary pisal: "Wszystko co widzilem uczy mnie ufac tworcy w zakresie rzeczy, ktorych nigdy nie ogladalem".
Zycie Issy -japonskiego poety z konca XVIII wieku, znanego ze slow przepelnionych niemal dzieciecym euforycznym zachwytem nad swiatem, "bogate" bylo w nieszczescia – czworka dzieci umarla w wieku niemowlecym, zona odeszla z tego swiata przy kolejnym porodzie, jego cialo w czesci zostalo sparalizowane.
Majac 29 lat pewnie nie znalem tych wszystkich szczegolow z zycia powyzszych bohaterow, ale wlasnie wtedy zaczelem sie domyslec, ze szczescie w bardzo malym zakresie zalezy od zewnetrznych okolicznosci, a w wiekszej mierze od naszych wlasnych wysilkow. "W rzeczy samej nic nie jest dobre ani zle samo przez sie. Tylko mysl nasza czyni to i owo takimi" - przypominaly mi sie slowa Hamleta.
Mialem szczescie, zylem zyciem, o ktorym jako chlopiec moglem tylko pomarzyc: pisanie o wydarzeniach swiatowych do magazynu Time, mieszkanie na Park Avenue, wystarczajaco duzo pieniedzy i czasu, by wakacje spedzac w Birmie, w Maroko, w Salwadorze. Kiedy jednak zdarzalo mi sie przebywac w tych rejonach swiata, zmagajacych sie z roznorakimi problemami, czesto zanurzonych w jakims militarnym konflikcie, wydawalo mi sie, ze ludzie stamtad sa pelni optymizmu i energii, w porownaniu do moich przyjaciol ze spokojnego Santa Barbara, codziennie odwiedzajacych swojego terapeute, w czwartym z kolei zwiazku malzenskim... Chociaz wiedzialem, ze przepustka do szczescia nie jest ubostwo, bylem rowniez przekonany, ze na pewno nie mozna go kupic za pieniadze.

Dlatego tez, w malo oryginalnym, post-hippisowskim akcie – opuscilem swoja wygodna posadke, aby przez rok zyc w swiatyni na przedmiesciach Kyoto. W swoim szlachetnym zamiarze wytrwalem tydzien. W tym krotkim czasie zorientowalem sie, ze oczekiwane przeze mnie niezmierzone glebie odkrywane w kontemplacji ksiezyca lub komponowaniu haiku, sprowadzaja sie w zyciu swiatyni do sprzatania, zamiatania i znowu sprzatania. Dzisiaj, po ponad 21 latach wciaz zyje w poblizu Kyoto, w dwupokojowym, i w porownaniu do mnisiej celi, luksusowym mieszkaniu. Nie mam roweru, samochodu, telewizji, ktorej programy moglbym zrozumiec, zadnych innych srodkow przekazu. Dni ciagna sie w nieskonczonosc. A jednak nic mi nie brakuje.

Nie jestem buddyjskim mnichem, nie sprawia mi jakiejs szczegolnej przyjemnosci wyrzekanie sie siebie, podrozowanie przez godzine lub dluzej by wydrukowac tekst, ktory wlasnie napisalem. Nie jestem szczegolnie zadowolony z faktu, ze wlasnie ominely mnie finaly ligi NBA.
Ale, w pewnym momencie, doszedlem do wniosku, ze przynajmniej dla mnie, szczescie nie wyrastalo z rzeczy, ktorych pragnalem lub potrzebowalem, ani z moich dokonan. I naprawde wartalo zastanowic sie gruntowanie, co tak naprawde prowadzi do spokoju umyslu – najblizszej dla mnie, jak dotad, definicji szczescia. Nie posiadanie samochodu to brak klopotu, o ktorym trzeba byloby codziennie myslec i moze nawet martwic sie, to codzienna przygoda spaceru po okolicy. Nieposiadanie telefonu komorkowego i szybkiego lacza internetowego wynagradza mnie czasem na gre w ping-ponga, zakupy dla ukochanej i pisanie dlugich listow do starych przyjaciol ( albo na poszukiwanie starych zabawek dzieci, ktore teraz dorosly i wyfrunely z gniazda).

Kiedy raz w tygodniu dzwoni telefon jestem tak podekscytowany, jakbym nigdy nie pracowal w gesto zaludnionym biurze w Rockefeller Center. Kiedy raz na trzy miesiace odwiedzam Stany Zjednoczone i rzucam sie na gazete, okazuje sie, ze wcale nie ominelo mnie tak wiele.
Podczas gdy ja po raz kolejny czytam Wodehouse'a albo Thoreau"a "Walden, czyli zycie w lesie" dwudziestocztero-godzinna karuzela naplywajacych ciagle wiadomosci wciaga ludzi, by pod koniec dnia zostawic ich dokladnie w tym samym miejscu, w ktorym ich zastala. W "Portrecie damy" Henrego James'a Ralp Touchett mowi: " Czlowieka, ktory zaspakaja wymagania swojej wlasnej wyobrazni nazywam szczesliwym". Dla mnie zycie w czasie przyszlym nigdy nie bylo szczesciem.

Z pewnoscia nie polecalbym wszystkim swojego modelu zycia, nie polecalalbym go wiekszosci ludzi i naprawde wspolczuje tym, ktorzy ostatnio doswiadczyli przeklenstwa ograniczenia potrzeb, niedostatku, ktorego nigdy nie poszukliwali i nigdy nie pragneli.
Ale po prostu wydaje mi sie, ze zewnetrzne dobra i osiagniecia nie moga naprawde uczynic nas wewnetrznie szczesliwymi. Milionerzy, ktorych znam, pragna zostac multimilionerami i spedzaja wiecej czasu z prawnikami i bankierami, niz z przyjaciolmi (Czy w ogole maja prawdziwych przyjaciol?). Sam pamietam, ze w czasach mojej pracy korporacyjnej, wiedzialem, ze zawsze mam przed soba nastepna, wyzsza pozycje do zdobycia, mozliwosc awansu. Jak w paradoksie Zenona, moglem byc pewien, ze nigdy nie osiagne mety, zawsze pozostanie nienasycenie, niespelnienie.

Nie posiadanie stalego etatu niewatpliwie jest bardziej ryzykowne, zwlaszcza dzisiaj, zwlaszcza gdy jako narzedzie zarobkowania wybralo sie slowa, ktore staja sie coraz czesciej tylko dodatkami do obrazow. Jak wiekszosc moich znajomych w ciagu ostatnich kilku miesiecy stracilem niemal calosc zgromadzonych oszczednosci. Moja garderoba zostala znacznie uproszczona za sprawa pozaru, ktory przed paroma laty spalil doszczetnie dom w Santa Barbara, zostawiajac mnie ze szczoteczka do zebow zakupiona w nocy w sklepie calodobowym. Dzisiaj moje dwupokojowe mieszkanie w japonskim "szczerym polu" jest nawet bardziej puste niz szczatki domu, ktory sie spalil. Mam za to czas, na czytanie John le Carre, wylegujac sie na sloncu i zagryzajac slodkie mandarynki. Kiedy na rynku pojawia sie nowy album Sigur Ros muzyka rozswietla moje dnie i noce. I wyglada na to, ze szczescie, jak spokoj i pasja przychodza naturalnie, kiedy sie ich nie poszukuje.

Jesli jestes osoba, ktora przedklada wolnosc nad bezpieczenstwo, ktorej calkiem wygodnie w malym pokoju, ktorej pragnienia nie wykraczaja ponad zwykle potrzeby, to moze bieganie w miejscu i krecenie sie w kolko nie jest dla ciebie.

W Nowym Yorku jakas czesc mnie zawsze byla "gdzies indziej", czesc mnie wyrywala sie, aby sprawdzic, jak tez moze wygladac zycie w Japoni. Teraz, kiedy tu jestem wcale nie wracam do Rockefeller Center czy na Park Avenue.

wtorek, 9 czerwca 2009

Sandomierz - najsoczystsze miasto swiata



Tesknie ...

Niedawno na zajeciach z literatury czytalismy wiersze imigrantow. W heterogenicznym tlumie kobiet i mezczyzn z najodleglejszych zakatkow swiata zostalam zapytana o moja ojczyzne. Bez zastanowienia odpowiedzialam: Sandomierz. Wszyscy popatrzyli na mnie lekko zdumieni: gdzie jest panstwo o nazwie – Sandomierz? Usmiechnelam sie. “Sandomierz nie jest panstwem, to male miasteczko, a dla mnie cala kraina”.
Sandomierz jest jak drzewo, zywy organizm wrosniety w polskosc. Jest jak zabytek przyrody – lekko juz sfatygowany, lata mlodosci majacy za soba, obrosniety mchem, tu i owdzie mozna znalezc slady walki z grzybem lub innym szkodnikiem. Czas pozostawil swoje pieczecie. Ciagle jednak mozna schronic sie w jego cieniu, zapominajac o calym swiecie, zastygajac w martwej popoludniowej godzinie, w bezczasowej prozni wytwarzanej tylko w tym miejscu swiata.
Sandomierz ma swoje korzenie. Pachna starymi murami, wilgocia, kurzem, ziemia. To caly podziemny swiat tego miasteczka. To labirynty piwnic, podziemne szlaki przeszlosci, w ktorych kupcy przechowywali swoje dobra – wina, miesa, owoce okolicznych pol i sadow, takze to co przyniosla rzeka, karmiaca Sandomierz swoimi wodami. Zawsze kiedy jestem w moim miasteczku z kims z zewnatrz, prowadze go do podziemi i opowiadam ta straszliwa historie o dziewczynie co to zdecydowala sie na smierc by ocalic miasto, zawsze opowiadam o Halinie Krepiance. Nie wiem ile jest w Polsce mitow, ktore to wlasnie kobiete obsadzaja w roli glownej.
Jako drzewo stare i historyczne Sandomierz przeszedl wiele oblezen, widzial krew
i kurz bitew. Probowano go zniszczyc, wykorzenic, podciac, porabac na kawalki. Jego korzenie to ziemia, w ktorej mozna znalezc kosci wrogow i mieszkancow, kawalki broni, a takze dukaty, srebniki i grosze, dla ktorych te wszystkie walki sie toczyly. Zanurzajac sie w zarosla na Pimpolimpo, kiedy bylam stworkiem niewiele wyzszym od stolu, z lopatka i dziecinnym wiaderkiem, kopalam marzac o karierze archeologa w mojej sandomierskiej ziemi, odkrywajac historie. Kazda wyprawa byla lekcja pogladowa i kiedy wracalam do domu rzucalam sie na ksiazki, prosilam rodzicow zeby opowiedzieli mi jeszcze raz historie o wole co to rogami wyryl napis Salve Regina, o drzewach co to swieta reka posadzila, aby korzenie nieba siegaly.
Historie czynily z mojego miasteczka ekspolarycyjny raj pelny tajemnic i zagadek. Kopiec Salve Regina, Piszczela, liczne wawozy, niedalekie Pieprzowki – coz moze byc lepszego dla dojrzewajacej wyobrazni. Dziekuje Najwyzszemu za dziecinstwo spedzone pod korona tego drzewa, dziekuje za sandomierska wyobraznie.
A potem masz pien – Stare Miasto. Kamieniczki ciagnace sie w zawijasach i zakretach pod gore i na dol, krzywy Ratusz, Brama Opatowska jako dowod tysiaca przezytych lat, stojaca w tym samym miejscu, koscioly i ich wieze, wieze i ich koscioly. Pien Sandomierza jest wyjatkowy, czyni miasteczko niepowtarzalnym. Zawsze kiedy zblizalam sie do niewielkiego wzgorza i znad rzeki widzialam Collegium Gostomianum, Katedre, Dom Dlugosza i palete malutkich domkow, lzy spadaly na miasto z moich oczow i pojawiala sie pewnosc – tak , to najpiekniejsze, najmniejsze miejsce na swiecie.
Pien ma tyle lat co miasto, troszke sie zmienil, troszke przebudowal, dumnie eksponuje swoja starosc. Nie mozna go minac bez uczuc, nie mozna nie pokochac cienistych, brukowanych uliczek, nie mozna nie dostrzec harmonii wzgorza katedralnego, nie mozna nie poczuc zapachu wiekow w okolicach kosciola sw. Jakuba. Pien Sandomierza, jego oficjalny wyglad, turystyczne oblicze wydaje sie byc swiadomy swojego uroku. Uwodzi fotograficznym pieknem. Dla mnie Stare Miasto to spacer z rodzicami, to godziny spedzone w bliskosci katedry, to czas, kiedy uczylam sie swiata. Stare Miasto nauczylo mnie opowiadac i sluchac historii, nauczylo mnie patrzec i widziec.
A jesli zna sie kazdy skrot, a jesli zna sie kazdy plot i krzak – o radosci odkrywcy, podroznika, wedrowca!
Korona tego miasta sa drzewa. Sandomierz jest zanurzony w zielonosci. Okoliczne sady i ogrody, park, Piszczela, Pieprzowki, wawozy tworza peleryne izolujaca to miejsce od reszty swiata. Dla mnie ta zielonosc to nie tylko arkadia dziecinnych wypraw w cienistosc popoludni i w tajemniczosc historii ale takze slodycz moreli. Nie wiem dlaczego morela z Sandomierza jest wyjatkowa, nie wiem dlaczego jej smak jest istota wszelkiej morelowosci…Sandomierz dla mnie ma kolor morelowy.
W plataninie drzew, w slodkiej zawiesinie owocowych zapachow, gdzies, wewnatrz kwitnienia mieszkaja ludzie – owoce.
Jestem szczesliwym owocem tego drzewa. Jestem z Sandomierza.


Sandomierzanin nr 8/2008

poniedziałek, 18 maja 2009

Alfabetu wewnetrznego ciag dalszy.


Sposrod wszystkich niezwykle waznych pojec, zaczynajacych sie na litere p, wybralabym kiedys prawde. Bo choc "piekno" czaruje, "przyjazn" niezbedna, "pieniadze" zaprzataja czasami glowe w nadmiarze, "pokory" wciaz nauczyc sie nie moge, a "papierosy" – ech, szkoda gadac, to "prawda" zawsze swiecila na firmamencie jako imperatyw, zasada, horyzont wewnetrznego rozwoju. I to nie jakas tam "relatywna", spleciona z paplatanych watkow, ktore nijak nie moga wspoltworzyc jednej i jedynej osnowy, nie kakofoniczna prawda mojego doswiadczenia, nie taka, co okreslana jest jako "zgodnosc", pomiedzy podobnym a podobnym, albo teza i antyteza – zadnych wielosci nie tolerowalam w tym aspekcie. Na zasadzie wybierania tego, czego sie nie ma, do czego sie teskni, czego sie pozada, jako zdefiniowany (przez innych) i zadeklarowany (przez siebie) klamca, wybralabym prawde radykalna. I zdolna bylam nawet bronic tej idei wobec posmodernistycznych zwolennikow liczby mnogiej. Bylam dowodem na to, ze radykalizm pojeciowy prowadzi do paplatania praktyki z teoria.
Stopniowo w trakcie przezywania swojego zycia zdecydowalam sie zastapic rzeczownik czasownikiem – prawde - koncepcja "uprawdzania", "prawdzenia sie"; procesualnosc wygrala.
Dlatego dzisiaj, przy literze p, nie wybieram prawdy!
Podazam, nie jestem.
Probuje, nie osiagam.
Otwieram drzwi, chce zobaczyc Przestrzen!
Przestrzen jest "miejscem" podrozy.

Okragly jak ptys i czerwony ze wstydu ksiezyc majowy, ktory zagladal w moje okno w niecnych pewnie zamiarach, pomogl odkryc przestrzen wewnetrzna. Wtedy, w maju, ukradl mi sny. Lezalam spuchnieta od wydarzen codziennych, ktore tylko sen mogl rozproszyc, rozwodnic, zamienic w przeszlosc. Lezalam wypelniona po brzegi namietnoscami, rozterkami, niezrozumieniem. Lezalam napompowana brakiem. Ksiezyc zaproponowal zabawe: skoro juz nie mozesz spac, ha ha ha, zrob cos z soba – rusz sie, ruch jest zdrowy, w zrowym ciele zdrowy duch, przebiegnij sie troche. Podrozuj w nieskonczonosc swojego ciala, w niekonczace sie continnum przestrzeni wewnetrzej, w pustke trwalosci, w ciaglosc stawania sie, w swiadomosciowy kosmos wszystkiego we wszystkim.
I tak to sie zaczelo. Tak zwariowalam. Od niespania. Od zawrotnej przestrzeni.
Przekroczylam granice, ktorych nota bene nie bylo, zanurzylam nogi w koncu swiata, i juz nie chcialo mi sie wracac.
Lubie doswiadczac przestrzeni: nad oceanem, nad morzem, na szytach gor. Jakis czas temu mialam przyjemnosc latania na paralotni. Nad gorami. To dopiero jest odkrycie przestrzeni. Wiatr silniejszy niz myslisz, prawdziwy zywiol. I o dziwo wrazenie spokoju, bezpieczenstwa.
Pomyslalam,ze powinnam zostac pilotem samolotu. Albo aniolem.