piątek, 9 stycznia 2009

This I believe.



Czytam sobie wlaśnie “This I believe”. Zbiór krótkich tekstów pisanych przez różnych ludzi – nie znanych i uznawanych, na temat najistotniejszych przekonań i wierzeń. Pierwszy taki zbiór powstał jeszcze w latach 50’ i jako cykl wywiadów był nadawany w publicznym radiu (NPR). “This I belive” jest dialogiem publicznym po dzień dzisiejszy. Tysiące ludzi wypowiada codziennie swoje życiowe credo.
Ciekawa jestem jak “This I believe” wyglądało by na polskim gruncie. W co wierza Polacy? Czy zechcieliby odpowiedzieć na to pytanie? Czy jesteśmy już w tym miejscu naszej nowej post-historii, w którym można pytać o wartości, o to, co ponadmaterialne?
Sama spróbowałam sobie odpowiedzieć na pytanie: A w co wierzysz? – przecież każdy mały Polak jest o to pytany w wierszyku zaczynającym się od ”Kto ty jesteś?”
Moja odpowiedź jest intelektualnym bełkotem, jest szkicem braku odpowiedzi. Bedę jeszcze próbować…

W co wierzysz?
Odpowiedź z dzisiaj:


Mam problem z wierzeniem. Nie wiem, czy istnieje takie zdanie, taka sentecja, myśl, pojęcie, w które nie zdarzyło mi się wątpić. Wszystko wydaje się być prawdziwe tylko na chwilę. Później pewność - którą utożsamiam z głęboką wiarą - znika. Moja wiara jest chwilowa – jak uniesienie, jak uczucia, jak emocje. I chociaż pracuje nad tym żeby zatrzymać coś na zawsze, “zawsze” jakoś nie chce uwierzyć we mnie, nie chce ze mną zostać. Wszystko w moim świecie jest naznaczone przemijaniem.
Wierzę w ruch, w czas, nieuchronność zmiany. Taki tam paradoks.

Wiarzę w zmianę. Powstaje, trwa, mija, powstaje, trwa, mija itd. Wierzę też w przyczynę i skutek. Żaden tam chaos, żadna tam przypadkowość. Tak sobie z obserwacji i własnej świadomości świat pościeliłam, i tak w nim codziennie obciążona odpowiedzialnością za własne życie – zasypiam.
Chaos jest iluzja, przypadkowość jest wygodnym kłamstwem.
Nie wiem czy nie-chaos tworzy Sens, nie wiem czy istnieje horyzont tego Sensu, czy jest jakiś początek i koniec, czy jest jakieś jedno wystarczające wyjaśnienie. I to mnie nie obchodzi, co w moim jezyku znaczy: nie chce mi się w to wierzyć, nie mam czasu na taką wiarę. Wiara dotyczy pryncypiów, wiara dotyka niepodważalnego, fundamentalnego “tak”, któremu chce sie dawać świadectwo.
Świadczę, że doświadczam nieuchronnego przemijania, które czasami boli, a czasami śmieszy. Świadczę, że świadomość moja ogarnia to stawanie się i czasem się go boi, a czasem podziwia.
Mam jeszcze jedno przekonanie – osobistą wiarę.
Wierze, że uczucia nie są faktami, ale nie tylko fakty sa prawdziwe. Wiecej! Wierzę, że wszytkie uczucia są prawdziwe.
To się pewnie nazywa skrajnym subiektywizmem. I całe szczeście i chwalić Pana Boga za taką piekną radykalną nazwę.
Tak, zdecydowanie wyznaje tę wiarę. Wierzę w uczucia, w ich niezaprzeczalność. Cokolwiek powstaje w człowieczym systemie emocjonalno-myślowym niesie bogactwo rzeczywistości. Cokolwiek tam powstaje ma przyczynę i przynosi skutek.

Kiedy doczepisz sobie skrzydła, albo po prostu pomedytujesz, pośnisz, kiedy rozum wywróci się na lewą stronę z jego schematami, albo utkwi w najprostszym paradoksie życia, wiara w przyczynowość uczuc, ich wewnętrzna logikę zmienności zaczyna być pomocna. Paradoks objaśnia się w równaniu z n-tą liczbą niewiadomych i liczba PI jako jedyną daną.
Wierzę tylko w niawiarygodne bzdury. Taką mam zasadę bycia.

poniedziałek, 5 stycznia 2009

O miastach, troche.


Polska nic sie nie zmienila. Wyglada mlodo i kwitnaco.
Zaskakujaca czystosc ulic. Brak chaosu.
To byla zdecydowanie wyprawa historyczna. Odkopywanie z pamieci dat i nazwisk polskich przywodcow, bitew, jezykow. Gdzie jest Polska na mapie 19-wiecznej Europy, nie moge jej znalezc? - mowil moj maz. Ja tez jakos nie moglam.
Wtedy kiedy Ameryka dojrzewala do bycia soba, nas juz nie bylo. Fascynuja zmiennosc polskich drog, niestabilnosc granic i ich zawartosci. Pytania o tozsamosc - gdzie jest?,bardziej na Wschodzi, czy na Zachodzie? Dowody, co krok,na jedno...lub drugie. Tozsamosc srodkowo-europejska, zmieszana, wysokogatunkowa mieszanka wielosci i roznorodnosci historycznej.
Douglas nazwal moje rodzinne miasteczko - starozytnym. Chyba Ci sie pomylilo - mowie - moze masz na mysli "sredniowieczne"( choc to tez, w obliczu kamieniczek odbudowanych po drugiej wojnie, nie za bardzo estetycznie poprawne epitet). Nie, on mial na mysli starozytne - ot, spojrzenie amerykanina.
Zobaczylam Polske inaczej. Przez pryzmat romantycznosci, przez oczy nieprzyzwyczajenia. Piekna i strasznie plaska. I pusta. Miejscami.
Sandomierz i Krakow w grudniowej krasie. Zimno. Przepieknie. Brakowalo mi tych uliczek w Nowym Yorku i w Bostonie.
Nowy York to osobna historia. To ewenement, arcyprzeludzka kreacja, do ktorej nic nie jest podobne, ktora zaskakuje brakiem tozsamosci. Nowy York jest jak postmodernistyczny pomnik, uporzadkowany chaos, uzyteczny smietnik wszystkiego. Logiczna konstrukcja ulic, przejrzysty plan zabudowy, przewidywalnosc numerow, dlugosci, wartosci nad poziomem i pod poziomem morza. I zasadzka za kazdym rogiem. I zagadka na kazdym pietrze. Dziwadlo. Wydaje mi sie, ze Nowy York jest jak wszechswiat. Naukowcy badaja tego stwora, probujac zrozumiec, jakimi zasadami sie rzadzi. Odkrywaja prawa i reguly. Ich nastepcy udowadniaja falszywosc twierdzen poprzednich i wprowadzaja wlasne. Tysiace publikacji, miliony spotkan konferencyjnych. Praca w laboratoriach, liczne eksperymenty kazdego dnia przyblizaja nas do odkrycia istoty tego kosmiczego nieladu. Ale on jakos sam z siebie, na mocy wewnetrznej swej dynamiki, z pradem rzeki Hudson, wymyka sie jeszcze raz uszeregowaniu. Zostawmy go samemu sobie, zostawmy w spokoju miasto, ktorego szczury nie boja sie samego Pana Boga i gryza go po pietach na najwyzszych pietrach wiezowcow.
Ale Boston? Boston nie jest skoncentrowany, rozprasza sie, rozplywa zaraz za granica rzeki. I wydaje sie, ze tam juz niczego nie ma. A tam i Cambridge z pieknymi budynkami Harvard University i Samerville ze smiesznymi kolorowymi chatynkami "bab Jag", i Watertown z rzeka posrodku. Financial District wyznacza linie horyzentu, jak sie patrzy od strony oceanu. Ale to taki typowy amerykanski makijaz - wybielone, rowne zeby wiezowcow, wyciagniete rzesy swiatel, gruba warstwa fluidu podkreslajacego to co wysoko, zeby nie zagladac w katy, zeby nie widziec zakamarkow - porysowanych, brudnych, zmarznietych. Jest tez przepiekna Back Bay z zaczarowanymi kamieniczkami ze schodkami. Swiatla laterni gazowych, za ciemne na nowoczesne miasto. I Boston Common z tysiacem kwiatow na wiosne, wysokimi platanami i klonami. A jednak brak mi prawdziwego miasta, z Rynkiem, ze sklepami wokol, z logicznym planem uliczek i parkow. Brak mi jasnosci przekazu w Bostonie. Moze dlatego jest taki poplatany, zagadkowy, ze jego potezna czesc stoi na piasku, na wodzie, w zatoce, ktora dla lepszej perspektywy i komunikacji zasypano?
A tymczasem pozlacana kopula Katedry Wewelskiej nie zrobila na mnie zadnego wrazenia - Massachusetts City Hall ma podobna kopule. Za to dzwon Zygmunta wiekszy od Liberty Bell, czczonego niemal jak bostwo. Widok z wiezy ratusza moze przepiekny, ale po wizycie na Empire State Building, albo chocby moim domowym, bostonskim Prudencial Center, anihiluje wszystkie inne "panoramy miasta". Za to widok Barbakanu i Bramy Florianskiej w porannej grudniowej mgle - wielki znak zapytania, amerykanie nie zdolali nawiezc niczego takiego do siebie. Nie wspominajac o Ratuszu w Sandommierzu - tajemnica, zagadka, budowla kosmiczna.
Douglas chcial zobaczyc cmentarz - bo taki inny, taki zbudowany. Chodzilismy w Boze Narodzenie po sandomierskich cmentarzach. Z pawelskiego widok Sandomierza odmraza serce. Uwielbiam w moim malym miasteczku to, ze gdy sie przymknie oczy, zmruzy je na chwile, mozna zamienic Sandomierz na miasto wloskie, albo hiszpanskie, albo francuska prowincje.
Jednym z niezwyklych atrakcji dla mojego meza byl cmentarz zolnierzy radzieckich - no tak, wychowal sie w kraju, w ktorym "Pravda", byla zrodlem wszelkiego klamstwa. ..
Imie Skopenki zapisal w swoim notatniku, chce sie dowiedziec o nim wiecej.
Krakow zapiera dech, Sandomierz zacheca do drzemki.
Moj amerykanski maz chodzi teraz dumny w koszulce z bialym orlem. Ja jokos nigdy nie pokusilam sie o zalozenie bluzeczki z serduszkiem pomiedzy slowami "I" i "New York".

poniedziałek, 15 grudnia 2008

K jak krytyka

Wracam do alfabetu.
Krotko o krytyce.
Szczescie jest "robota wewnetrzna". Jest takim samym osiagnieciem jak zdobycie dobrego wyksztalcenia, nauczenie sie paru jezykow, dobra i lubiana praca, udany zwiazek intymny itd. Nieszczescie i zgorzknienie jest "robota wewnterzna".
Krytyka bylasz (jest) moja bronia - dla polepszenia sobie humoru - ironia; dla dobitnego ukazania mojego stanowiska - cynizm. Tak sobie jechalam na wozkach krytyki, bo dla przecietnie inteligetnej osoby to transport latwo dostepny i "wierny". Zdecydowanie pozwala zamaskowac i przyozdobic, uatrakcyjnic i wyidnywidualizowac.
Az nagle odkrylam, ze ironia i cynizm rania, ze krytyka moze dekonstruowac niepozytywnie, jest rodzajem kontroli jedej jednostki nad druga. Wyrazanie "wlasnej opinii" jest konieczne i wartosciowe, ale cynizm do niczego sie nie przydaje. Jest bronia obusieczna - wkreca i wzera sie w serce krytykujacego zjadajac jego ludzkosc i empatycznosc. Nietschego - "Gdzie nie mozna kochac, tam nalezy mijac" - wzielam sobie do serca, ludzkiego, nie arcyludzkiego, moze nawet bardziej niz " kto pierwszy jest bez winy..."

Antyteza krytyki jest akceptacja. Obecnosc akceptacji jest odwrotnie proporcjonalna do obecnosci krytyki. Obecnosc akceptacji jest wprost proporcjonalna do obecnosci szczescia. Im wiecej zgody na swiat taki jaki jest, im mniej negatywnych mysli i slow, tym lzej, tym spokojniej, tym szczesliwej mija sie swiat.
A jesli nawet na swiecie sa zli ludzie, brzydkie przedmioty i niezgodne z prawda opinie i informacje - to co? To co? To nie moja sprawa.
Szczescie jest robota wewnetrzna.

środa, 10 grudnia 2008

Dwa koscioly, dwa domy, dwa swiaty


Deszcz, snieg, szarobura rzeczywistosc trzesie sie z zimna.
Jestem pewna, ze ludzie zeby przetrwac ten pochmurny czas potrzebuja jakiegos pocieszenia, jasnej i cieplej perspektywy swiat.

W tym roku czekam na Boze Narodzenie bardziej niz kiedykolwiek. Po ponad rocznej nieobecnosci w kraju zobacze sie z rodzina i wszyscy spotkamy sie w Sandomierzu.

Znowu wieczorem, w blasku latarni, jak w blasku swiec zobacze moja ulubiona katedre, kosciol Najswietszej Marii Panny w Sandomierzu.
Tak wiem, nie jest to najpiekniejszy budynek na swiecie, gotycka trojnawowa bryla bazyliki nie jest wyjatkowa. W czasie kiedy powstala budowano mnostwo takich kosciolow – cegla, kamien, wieza, spadzisty czerwony dach.
Za to gdy wejdzie sie do srodka...Nie ma chyba drugiej bardziej "makabrycznej" swiatyni na calym swiecie. 12 obrazow z meczenstwem mnichow tworzacych tzw. „Kalendarium”, meczenstwo Sandomierzan, meczenstwo dominikanow, rytualny mord zydowski, wysadzenie zamku przez Szwedow. Wiesc niesie, iz widz znajdujac opowiedni obraz i mnicha obok, ktorego znajduje sie dzien jego urodzin, moze zobaczyc rodzaj swojej smierci. Brrr. Kosciol na pewno zapada w pamiec wszystkich, ktorzy chociaz raz mieli okazje go go zobaczyc.
Spedzilam tu dlugie godziny. Miejsce to krylo dla mnie tajemnice, magicznie przyciagalo i uzdrawialo. Kazdy jako dziecko, czy nastolatek ma taki zakatek, w ktorym lubi poplakac lub przemyslec powazne decyzje, w ktorym czuje sie bezpieczny. Moim miejscem byla Katedra. Szlam tam „po porady”, cicha modlitwe, medytacje, skupienie. Przed egzaminem do liceum, przed matura, przed egzaminem na studia…Letnie koncerty organowe byly czasem „lekcji wyobrazni” – tak to nazywalam. Siedzac w lawce i sluchajac muzyki przychodzily mi do glowy najbardziej niesamowite pomysly, malowalam w glowie opowiesci, obrazy, szkice.
Dawno, dawno temu, kiedy mialam lat trzynascie przez pomylke zostalam w kosciele „uwieziona”. Po niedzielnej mszy „zaspalam” w lawce i po jakims czasie zorientowalam sie, ze jestem sama. Chwile pozniej odkrylam, ze zarowno drzwi do nawy glownej jak i te boczne, sa zamkniete. W ten sposob poznalam kazdy zakamarek Katedry. Jako trzynastolatka wierzylam, ze musi byc jakies tajemnicze, ukryte wyjscie. Czy sie mylilam? Czy znalazlam skarb, odkrylam sekret? – to moja slodka tajemnica.
Od tamtej pory czulam sie w katedrze sandomierskiej jak w domu.

Rok temu swieta spedzalam w Bostonie. Kolacje wigilijna zjadlam w McDonaldzie. Nie bylo spiewania koled, nie bylo choinki, nie bylo widoku katedry sandomierskiej o zmroku. Slowem, nic nie przypominalo mi tego uroczystego czasu w Polsce. Po tym wstepnym komercyjnym akcencie, moj maz i tesciowa postanowili pokazac mi jednak inny wymiar, odslonic kawalek duchowosci. Wybralismy sie do Trynity Church – jednego z najstarszych kosciolow w Bostonie, ba, w calej Ameryce.
Bylo juz ciemno kiedy stanelismy przed budynkiem swiatyni. Ludzie tupali nogami, rozcierali zmarzniete rece. Ostry wiatr znad oceanu chlostal policzki.
Kosciol jasnial w ciemnosci. Moglam podziwiac jeden z pierwszych obiektow w stylu neoromanskim. Kamienno-ceglany budynek na planie krzyza odbijal sie w szklanych oknach wiezowca. Pod ziemia podtrzymuje go 4500 drewnianych pali, gleboko wkopanych w ziemie. Dawno, dawno temu byl tu ocean, a raczej mokradla odoceaniczne. Ziemia wciaz grzaska, gliniana nie byla najlepszym gruntem na ciezkie budowle. Nawieziono tony ziemi, wbito w nia pale, postawiono wiezowce i koscioly. Kiedy pierwszy raz uslyszlam ta historie przypomnialy mi sie opowiesci o obsuwajacej sie ziemi w Sandomierzu, o tych wszystkich probach umacniania skarpy, o panu przed kioskem na Starowce, ktory pewnego dnia znikl z powierzni. Trinity Church wydaje sie stac pewnie na swoich licznych drewnianych nogach. Jest to jedyny kosciol na liscie 10 najwazniejszych zabytkow w USA wybranych przez Amerykanski Instytut Architektury Z zewnatrz wyglada jak "podrobka" czegos co mozna zobaczyc w Europie, bogata i lekko przesadzona makieta. Nierowna kamienno-ceglasta bryla z licznymi wiezyczkami i podcieniami pokryta czerwona gliniana dachowka. Nie jest to na pewno surowosc i oszczednosc europejskiego stylu romanskiego. Wnetrze nieco zaskakuje pustka. Jakby cala wyobraznia i pelnia skupila sie na formie bryly. Jedynym wystrojem sa okienne witraze i zloto oltarza. Witraze maluja kosciol kolorami swiatla.


Siadlismy w lawce. Chor koscielny cicho spiewal jakies nieznane mi koledy.
Po raz pierwszy bylam w swieta daleko od domu, po raz pierwszy w obcym kosciele.


Msza zaczela sie Cicha Noca – tym rozpoznawalnym na calym swiecie utworem muzycznym. Potem ksiadz - kobieta, bo bylismy w kosciele episkopalnym, zaczela swoje kazanie: „Witam. Witam tych, ktorzy sa tu po raz pierwszy, tych, ktorzy schronili sie tu przed zimnem tej grudniowej nocy…” - powiedziala.
Wydawalo mi sie, ze mowi do mnie, ze to kazanie jest specjalnie dla mnie.
Mowila o domu, o tym ze sciezki do niego wiodace bywaja zasniezone i nie jasne, ze czasami zanim dotrze sie do miejsca, ktore mozna nazwac domem, miejsca spokoju i bezpieczenstwa, musimy przebyc dluga i niebezpieczna podroz. Oczywiscie ta podroz to nasze zycie, oczywiscie ten dom to miejsce zycia wiecznego, metafory sa jasne i czytelne. Ale w tamtym momencie patrzylam na to z mojej ziemskiej perspektywy. Oto bylam daleko od Polski, daleko od moich rodzicow. Oto podjelam decyzje zalozenia tutaj wlasnej rodziny, podjelam decyzje o zostaniu w Ameryce. Oto uslyszalam, w dniu wigili bozonarodzeniowej slowa: witaj w domu.
Rozplakalam sie.
Na koniec swojego pieknego kazania o zyciu jako drodze do Boga, do domu, pastorka odczytala wiersz Mary Oliver, poetki z Nowej Anglii:

W drodze do domu

Jest cos takiego
w ciezkim od sniegu niebie,
zima,
poznym popoludniem,

co w sercu budzi pewnosc, uniesienie,
slodka czasu nieistotnosc.
Kiedykolwiek dotre do domu – kiedykolwiek-

ktos, kto mnie kocha, bedzie tam. (…)

Obojetnie gdzie jestem -
w muzyce, w slowach,
w pozarach mojego serca,
zamieszkuje doglebnie

to pozbawione imienia, niepodzielne miejse,
ten swiat,

chylacy sie teraz ku upadkowi,
caly bialy i dziki
pelen wiary, ktorej nie da sie wyrazic,wyobrazic,
wypowiedziec w najglebszej nawet modlitwie.

Bez obawy, wczesniej czy pozniej, dotre do domu.
Z czerwonymi od wiatru i mrozu policzkami,
bede stala przed drzwiami
przytupujac nogami i rozcierajac rece,
moje ramiona otulone gwiazdami.

niedziela, 16 listopada 2008

Zielona Karta

14 listopada zostalam oficjalnie pasowana na resydenta Stanow Zjednoczonych. Przyznano mi kawalek plastiku z moim imieniem i nazwiskiem oraz nowym stanowiskiem we wszechswiecie : resident of the United States of America.
Zycie wciaz mnie zaskakuje. Czegos takiego bym sie nie spodziewala. Rezydent kraju przekletego, rezydent komercji zywej, wygody sprowadzonej do zycia w wymiarze kanapy i telewizora?
Hmm. Postanowilam na wlasny uzytek podkreslic inny aspekt: jestem rezydentem kraju stworzonego dla ludzi i przez ludzi. We the people...

środa, 5 listopada 2008

Zmiana.

Obudzil mnie w srodku nocy krzyk: OBAMA! Kilka minut pozniej ulica byla pelna mlodych ludzi, skandujacych imie nowego, 44 prezydenta Stanow Zjednoczonych. Bebenki, przeszkadzajki, dzwonki. Poczulam, bardzo wyraznie jak kola historii skrzypia, staja, przeskakuja jakies sprezyny. Przypomnial mi sie inny dzien, dawno temu w Polsce, w czerwcu 1989. Idac ulica patrzylam na twarze ludzi, ktorze wierzyli, ze moga cos zmienic - tym razem. Wpatrywalam sie w bialy plakat z trzema slowami: Musimy wygrac. Solidarnosc. I podpis czlowieka, ktoremu ludzie zawdzieczali nadzieje - Lech Walesa. To co czuje od paru miesiecy, co unosi sie w powietrzu i nasyca ludzkie umyslu to takze nadzieja, to wiara, ze jeszcze wszystko jest mozliwe.
To nie byly zwyczajne wybory. Bo czasy staly sie wyjatkowe i czlowiek, ktory startowal jako kandydat Demokratow jest absolutnie wyjatkowy. Ameryka potrzebowala przewodnika.
Barack Husain Obama ma wizje i nieprawdopodobna charyzme. Kiedy zostal nominowany oficjalnie na kandydata Demokratow na prezydenta Stanow Zjednoczonych jego godzinnego przemowienia sluchalam z napieciem i lzami w oczach. Nie nudzi. Moduluje glos, wybiera slowa klucza, akcentuje zdania, umie utrzymywac uwage. Jego osobista historia , droga do prezydentury , od chlopaka, wychowujacego sie bez ojca, zarabiajacego samodzielnie na siebie, swoje calkiem pokazne wyksztalcenie, bez "politycznych plecow", ktory szybko wspinal sie po stopniach politycznej kariery, ktory tylko jedna kadencje byl senatorem i szybko z tej pozycji, zapragnal zostac prezydentem, to calkiem imponujaca historia. Inteligentny, wspolczujacy, otwarty na wielosc, roznorodnosc. To czlowiek, ktory powiedzial do ludzi, ktorzy nie glosowali na niego: I hear you too.
Ameryka wczoraj byla w goraczce. Mialam wrazenie, ze obserwuje pokojowa rewolucje, ruch spoleczny. Nie - dla wojny, nie - dla przywilejow dla najbogatszych, nie - dla nadmiernej eksploracji srodowiska. Tak - dla pokoju, tak - dla ludzi, ktorym czasami trzeba podac pomocna reke, tak dla srodowiska.
Zmiana, w ktora ludzie tak bardzo chca wierzyc.

niedziela, 26 października 2008

Proba opisu, deskrypcji- czas dzienny, czas nocny

Poranki i wczesne popoludnia spedzalam czesto w Kolorach. Adresu nie pamietam dokladnie. Oczywiscie Plac Nowy, oczywiscie Krakow.
Kolory powstaly jako drugie lub trzecie. Po Singerze. Po lub przed Alchemia. Zupelnie bym sie po sobie nie spodziewiala, ze zostane w tym miejscu. Po wielu latach w mrokach ciemnozielonych kotar, po swiecach, bordowonieokreslonych tapetach, Kolory byly jakies takie zdrowe, jasne, swieze i ... kolorowe. Trzy jasne szklane drzwi, czasami powiewa jakis plakat - wystawa fotografii, wystawa obrazow, koncert. Przestrzenne pomieszczenie z roznobarwnymi sliskimi kwadratami na podlodze.
Gdzie jest styl bohemy, gdzie jest mrocznosc braku przyszlosci? Cicho spi jeszcze pijana w barlogach na poddaszach, w brudnych poscielach w ciemnych kazimierzowskich kamienicach, choc siwy dym dawno juz uniosl sie nad Placem, wolno przemiescil w strone Wisly, na chwile zatrzymujac sie nad Wawalem i Kosciolem na Skalkach i troche szybszym krokiem zmierzal wlasnie w strone Tynca.
Sciany w Kolorach wylepione sa plakatami z Paryza, bo Kolory sa paryskie, bo Kolory maja w nazwie Le, bo kolory maja swoja legende zalozycielska o parze, ktora wyjechala, spedzila i postanowila ulokowac kapital. Piosenka francuska, a moze jakis Jacques, jakis Brell pomyslisz, ale sie mylisz. Tutaj jest Kolorowo, tutaj raczej spiewac bedzie dama, katarynka sie kreci, nutki podskakuja. Pachnie kawa, rogaliki i dzemiki.
Jesli na prawde nie masz co robic, mozesz nawet czytac te plakaty - slawa jednej nocy, wystawa dwoch popoludni, wernisaz na trzy niedziele oraz sztuka jednego aktora i dwoch polnagich kobiet w pantalonach. Kabareeee...Oczywiscie. La coleur, de la rouge. Francuski piesek przywiazany do nogi stolika.
Swiatlo. Zdecydowanie Kolory mialy swiatlo. Nie tylko duze szklane drzwi, ale kolorowe lampki na stolikach, kolorowe jarmarki swiatla z zarowki. W pochmurne dni - rarytas. I wifi, dostep do internetu. Dru-gi ra-ry-tas.
I kawa, la or le cafe o'lait albo latte, ta nawet bardziej. W wysokiej szklance, z prawdziwymi warstwami do obserwowania, z ciasteczkiem. Maslanym lub z cukrem. Kawa z pianka, prawdziwa, sztywna, zgestniala. Bez tej rzadkosci z dziurami z powietrzem, ktore mozna sobie zrobic w domu ubijajac mleko "recznie". Do pelni z najpelniejszych szczesc brakuje jeszcze jednego elementu - gazety. Wybieram piec, szczesc tytulow, pare dziennikow, kilka magazynow. Zaopatrzona moge w koncu zaczac swoj dzien. Juz byl piekny, juz byl szczesliwy, moglo byc tylko lepiej. Na stole ladowal jeszcze moj notatnik, tak na wszelki wypadek, gdybym chciala cos zapisac, gdybym cos ciekawego uslyszala. Tutaj spedzam nastepne pare godzin mojego cennego zycia. Bo nic innego nie mam do roboty. Wsrod pedzacych do pracy, pracujacych w Kolorach, sasiadach na kawie i papierosiku, wsrod spotkan biznesowych, spotkan w miedzy czasie, w czasie przerwy, wczesny lekki lunch, siedzialam niewzruszona. Latte saczona przez kilka godzin, zimna, nawet okruszka po ciasteczku.
Historie romansow mieszaly sie z francuska muzyka, historie bledow w pracy, stukaly o dno filizanek, ciaze i ich rozwiazania, pare lekcji angielskiego, pare francuskiego. Czasami widzialam studentow prawa, czesto tych z niedalekiej psychologii. Wyobrazalam sobie, ze tacy jak ja, jesli w ogole istnieli, nigdzie nie chodzili, uczyli sie porzadnie, bez rozdrabniania sie w kawach, w ciasteczkach z dziurka lub bez. Pewnie byli w tym czasie na uczelni i odkrywali logike w jezyku, lub jej rozmycie, tak w ogole, zwlaszcza w czasach dziesiejszej ekonomii, zwlaszcza w czasach dziesiejszej fizyki niepewnosci.
Rezyser tlumaczyla swojej aktorce jak to jest byc w ciazy, jak to jest ciaze stracic, aktorka tlumaczyla innej aktorce jak to jest stracic rodzicow, jak to jest byc w bolu, a jak wyrazac rozkosz - musisz byc glosna, musisz byc niemal histeryczna. Zapisalam te uwage w dzienniczku. A noz pewnego dnia trzeba tez bedzie rzecz odegrac.
Cicho sprzedawane telefony z rynkow zachodnich i soczewki kontaktowe z USA. Bez ryzyka. Zaczynalam myslec o tym jak ten szmal bez ryzyka i ja moge zrobic. Pustka przychodzila do glowy. Siedzialam przy stoliku nasytepnych pare godzin, patrzac jak innym pieniadze wpadaja do kieszeni, jak wypadaja, jak plyna strumieniami, do ktorych ja nie moge wejsc. Czasami zastanawialam sie dlaczego nie jestem w tym nurcie, dlaczego "oni" nie chca byc na moim miejscu. Bylam w Kolorach, przy mojej zimnej latte i pustce po ciastku z dziurka (pustka dodatkowa) lub bez. Szczesliwa. Otwarty notatnik, pare gazet nawet nie zaczetych, kolore obrazki do obejrzenia na scianach. Po jakims czasie stalam sie w Kolorach regula, jedna z regul. Nie wiem, czy ktokolwiek tam uswiadomil sobie moja codzienna poranno-wczesno-popoludniowa obecnosc. Dla mnie byl to jeden z niewielu rutynowych momentow, ktore zawsze bede holubic w pamieci. Bo o rutyne ciezko w zyciu podroznika niestabilnego.
Kiedy zapadal zmrok nie moglam juz byc w Kolorach. Wzywala mnie mroczna strona mocy. Kiedy dzieci juz grzecznie spaly w swoich domkach, kiedy zdrowa czesc spoleczenstwa siedziala skrecajac sie w bolach zazdrosci przed telewizorem, kiedy studenci mogli dorobic praca w jakiejs knajpie, kiedy moi rodzice utuleni przez niewiedze slodko pochrapywali, a moja siostra pewnie czytala ksiazke, wtedy wyruszalam na nocna wyprawe po przygaszone doswiadczenia, pod ciemna gwiazde, po smierdzace runo.
Singer - czas nocny. Inny zestaw swiatel i napitkow. Inny zestaw lektur i ludzi. Ten sam Plac, to samo miasto, ten sam rytualny czas.
W godzinie poznonocnej przedzieram sie przez ciemnozielone kotary. Ciemnosc w srodku rozjasniona punktami swiec. Pierwsza sala - trzy stoliki, maszyna do szycia spelniajaca role czwartego, lustro odijajace nikle pomaranczowe swiatla. Miekki dywan. Wrazenie wkroczenia do cudzego domu, mieszkania babci. Na scianach ciemne grafiki singerowego artysty oprawione w ciezkie drewniane ramy okienne. Za oknem, za szyba cienie postaci z ciemnej wyobrazni pozbawionej nadziei. Twarze, zarysowne czarna kreska na czarnym tle, czarna sukienka kobiety uciekajacej z ciemnosci w ciemnosc. Ciemne stoliki, krzesla pochodzace z innych momentow przeszlosci. Zniszczone przez czas, totalnie bezwartosciowe. Z tego piekielnego przedsionka przechodzi sie do sali glownej. Pod jedna ze scian, z duzym lustem ( kiedys zbitym przez kogos z moich znajomych) dwa singerowe stoliki, duzy stol okupujacy przestrzen pod obrazem, dwa kolejne okragle starocie z nadmiarem kszesel i bar, ktory kiedys byl kredensem, ale dawno przestal nim byc. Nadmiar lakierow, farb - niewidoczny noca. Kredens polyskuje wesolo w swieczkach, szkle butelek oferujacych dobra zabawe, zapomnienie i depresje dnia nastepnego. Lampa z czerwonym abazurem. Lampa z bialej porcelany: barkowe igraszki dwoch panienek w pantalonach i falbanach oraz chlopaczka lapiacego ich za cycki, za zmanierowane pupy. Na porcelanie mozna bylo czasami dostrzec rumience podniecenia. Spedzilam godziny gapiac sie na ta lampe, poszukujac w niej sensu wszystkiego. Czasami wydawala mi sie sednem wszechswiata. Okna w Singerze przez wiele lat zamalowane byly czarna farba, knajpa otwierala sie jakby sama z siebie tylko wieczorem i zamykala sie nad ranem, niewolac tych, ktorzy ociagali sie z opuszczeniem swiata ciemnosci i moralnego niepokoju. W trzeciej sali dla mrocznych spiochow metalowe lozko, z ostrymi sprezynami, nacinajacymi ciemnosc i kazda probe milosci.
Muzyka nasila sie wraz z rozwojem nocy i wybuchala z cala sila po polnocy - jazz w roznych odmianach, jazz w kazdej postaci, jazz ze starej plyty, jazz z Village Vanguard, jazz blakajacy sie po Montmartre.
Zapach papierosow przenika sciany wytapetowanej w bordowo-zielone wzory. Zapach paierosow przenika prosto do twoich kosci. W Singerze musi sie palic, duzo, duzo - papierosy wyplywaja z popelniczek i tocza sie po podlodze, wypalajac dziury w dywanach. Zaczynam swoje nocne zycie od rozowego martini, czasami z sokiem pomaranczowym. Nie mozna skonczyc wieczoru po godzinie. Ludzie przyplywaja i wyplywaja. Jak na placu boju, pozostaja najsilniejsi, najbardziej upici. Mozemy bredzic o filozofii w nie-filozofii, bawic sie ze slowami i z ich brakiem. Bez sensu blakac sie bez porozumienia we wspolnej przestrzeni, w ktorej nikt nikogo nie spotyka, bo ludzie ulepieni sa z leku i pustki, ze strachu i nadzieii zabijanej mocnym alkoholem.
Czas nocny, w tancu, w rozmowach, w majaczeniach, w plomieniach zapomnienia ciagnie sie do rana, do czasow wstawania mgly z nad rzeki. Czas nocny jest czasem zabijania czasu.
Inni ludzie w nocy spali w swoich mieszkaniach, moje zycie zasypialo w ciemnosciach Singera.Nie moglam spac inaczej.
Czas dzienny - Kolory, czas nocny - Singer.
Czasy minione.

poniedziałek, 29 września 2008

Jesien

Dzisiaj odkrylam jesien. Jest. Plynie. Zlotosc i czerwonosc powoli urozmaicaja krajobraz, nadajac swiatu cieply, niewinny wyglad. Powietrze juz nasycone jest chlodem ale jeszcze nad ziemia, nad gromadami slimakow i brygadami swierszczy, wisi bezpieczny parasol wilgotnego ciepla.

Potok zupelnie osobistych nie logicznych skojarzen: jesien, mglistosc, cieplo w domu, kocyk i herbata, zapachy:ciasta, swiec, cytryny, szkola, bezsenne noce z ksiazke, wieczorny przenikajacy chlod, kiedy stoi sie kolo Katedry i pali papierosa, pierwszy pocalunek, swieto wspomnien, swieto myslenia o przeszlosci, swieto obawy przed przyszloscia.

Jesien moja ulubiona. Jesien - codzienne swieto "zmiany" - ulubionego slowa, ulubionego boga, ulubionej rzeczy!

Jesien jest dla mnie pierwsza - jest jak fundamnt , przeszlosc rehabilitowana w swietle swiec. Od jesieni zaczyna sie droga pod gore, do czasu kiedy spadnie snieg i obdarzy nas rodzinnym alleluja. Jesien to samotnosc indywidualnej drogi, na ktora czekalo sie cale lato, to czas samodzielnych wedrowek literackich, sensorycznej samotnosci. Jesien jest jak ciezkie doswiadczenie zyciowe, pozwala spojrzec na wszystko z nowego punktu widzenia, na nowo ocenic sytuacje. Jest jak medytacja, w ktorej nagle uswiadamiasz sobie swoje - tu i teraz. Oto jestem w magicznym krajobrazie kolorow, w przyrodzie wlasnie zdychajacej, w srodku swiata. Najwieksza zmiana jaka rodzi sie w sercu, po beztroskim lecie, jest odczuwalna potrzeba przetrwania. Nie bedzie latwo, nie da sie tak po prostu, trzeba o siebie zawalczyc, trzeba sie o siebie postarac. Bo jak nie, to pochlanie nas jasnosc, ciemnosc, zimno i sztywnosc smierci.

A oto jest technika przetrwania:

- nalezy kupic nowe zimowe buty

- nalezy kupic nowa zimowa kurtke

- czapke, szalik, rekawiczki

- i kilka bardzo cieplych skarpetek i rajstop.

Oraz sweter, cieply, gruby sweter NA ZIME.

Ale...
Jeszcze nie pora, jeszcze nie czas zeby to wszystko na siebie wlozyc; nie zdradzasz swoich planow tak od razu, nie atakujesz cala artyleria na raz. Odkladasz do szafy zapakowane w kolorowe jak liscie pudelka buty, pakujesz otulony folia jak mgla plaszcz, na gorna polke ladujesz rekawiczki, czapke i szalik. Pozostaja skarpety. Zaczyna sie od nog - zawsze! Zimno, starosc, smierc, atakuja najpierw twoje korzenie, palce, stopy. Skarpety - tak zaczyna sie batalia z chlodem, z zyciem, z przemijaniem. W tajemnicy przed swiatem i czlowiekiem, pakujesz w jeszcze nie zimowe buty skarpety - upychasz, maskujesz. 1-0 dla zycia.
Pewnego dnia staje sie jasne, ze skarpety juz nie wystarczaja, ze zimno posunelo sie dalej, chcac zawladnac sercem. Wtedy przychodzi czas na sweter. Ale pojawienie sie swetra juz jednoznacznie osadza cie w jesieni. Nie ma juz wyjscia, nie mozna juz przed niczym uciec. Znasz to uczucie, kiedy "zolty jesienny lisc" wplatuje sie w welniany sweter - zywioly mieszja sie na twojej skorze. Pachnacy lisc smierci, witalna welna przetrwania. Esencja jesiennosci. Bo to nie smierc sie zblirza, to zbliza sie wytchnienie. Ale jeszcze o tym nie wiesz. Jeszcze trwa batalia o cieplo, o cofniecie sie do wakacyjnego czasu bez zobowiazan, do raju utraconego. Jeszcze nie godzisz sie z przemijaniem. Jeszcze to wszytsko ma sens.

Tymczasem staje sie jasne, ze sweter nie jest juz wystarczajacym grzejnikiem dla twojego ciala. W miedzyczasie skarpety zaczely domagac sie cieplyw butow. I wtedy, 1 listopada, w swieto wszystkich ludzi, bogow, diablow, aniolow, krasnali, krasnolodow, elfow, trolli i istot kosmicznych, w swieto wiwatu dla zycia, wygrywasz z chlodem - odpakowujesz swoj nowy plasz, futro, kurteczke, wciagasz dlugie buty, czapka laduje na twojej glowie jak korona, szal opatule szyje, wkladasz czyste rekawiczke. W Swieto Zmarlych wygrywasz z chlodem, wygrywasz z przeczuwalna juz nieunikalnoscia przeznaczenia, z zapachem zimy gdzies powoli saczym sie z podziemnych dolow. Swieto zmarlych jest ostatnia wygrana batalia o cieplo, o pamiec, o niezawodnosc przetrwania.

Ale pozniej, pozniej juz nie ma wyjscia.

Nowiutki plaszczyk szybko przesiaka, futerko kompletnie nie nadaje sie do codziennego uzywania, buty przeciekaja, a skorka na nich martwieje. Ale to wszystko, cale szczescie, odbywa sie juz w ciagu zimy. A od zimy do wiosny niedaleko. Zima jest przepelniona nadzieja, jak jesien przepelniona odwaga i wiara w przetrwanie. Zima jest wytchnieniem od starania sie, jest zaufaniem w niezachwiany rytm swiata.

Do zimy dzisiaj jeszcze daleko. Nie mozna po prostu bezczynnie trwac w nadzieii, dzisiaj trzeba o siebie walczyc.

piątek, 5 września 2008

Intuicja - wewnetrzny imperatyw


Ze to typowe i bardzo kobiece tak doceniac intuicje? Tak wywyzszac poznanie bezposrednie, pozalogiczne, czy ponadlogiczne? Ze to zgodne ze stereotypem kulturowym i schematem interpretacyjnym? Ze od razu wiadomo, po ktorej stronie epistemologicznej sie stoi? O tak! O jednoznacznie i bezdyskusyjnie jestem od samiusienkiego poczatku garaca zwolenniczka pozaczowego procesu wiedzenia, sub-subiektywnego imperatywu wewnterznego. Jestem niepoprawna fanka irracjonalnej wiedzy i gnostycznej oczywistosci. Jestem wariatka.

I mylilby sie ten, kto myslalby, ze to taka prosta droga, ze to po najmniejszej lini oporu - nic nie robisz, nie myslisz, tylko tak ufasz swojej intuicji. Bez trudu zbierania dowodow, bez dyskursu poznawczego pozwalajacego dostrzec biele i czernie roznych punktow widzenia, bez koniecznosci rozstrzygania, wybierania, ponoszenia odpowiedzialnosci. Gdybyz czlowiek byl zdolny do takiej ufnosci nie byloby tak fajnie, tak chaotycznie, tak poznawczo niepewnie. Otoz, mimo faktu mej goracej aprobaty dla intuicji jako poznania najprawdziwszego z prawdziwych i najoczywistszego z oczywistych, mialam ci ja z ta intuicja w zyciu swym bardzo wiele klopotow. Bo imperatyw wewnetrzny nie zawsze jest zgodny z logika. A logika nie zawsze jest odbierana w swej nagiej prawdzie jako perfekcyjnie wygladajaca imaginacja. Czasami perfekcjonizm racjonalnej konstrukcji jest bardziej atrakcyjny od niewinnie wygladajacej, niemal przezroczystej intuicji.
Dostrojonie sie do intuicji, odkrycie iluzorycznosi racjonalnosci wymaga cwiczen - najlepiej ostrego treningu fizycznego. Jak sie jest badzo, bardzo fizycznie zmeczonym, a wciaz trzeba poruszac konczynami i reagowac na swiat co nie chce sie zatrzymac i odpoczac, to nie pozostaje nic innego, jak przestac analizowac. Niech samo sie poanalizuje, po dochodzi do wniosku. Niech samo sie bedzie.
Polecam aikido.
Matko jedyna, panie Boze, anieli wszyscy i inne istoty, ktore rozum powoli acz nieublaganie wypycha z krajobrazu ludzkosci, jakze trudno jest sluchac intuicji. Bo czasami to ona jakby nie do nas nalezala, jakby wrecz sprzeczna byla z naszym subiektywnym, naszym ukochanym, ulubionym rozumowaniem krytycznym. I niby sie slyszy ten glos wewnetrzny, niby sie widzi swiatlosc, ale rzucic sie w ta niepewnosc, bez-myslnosc, bez-krytycznosc, ej, no nie wypada, nie higienicznie, nie wiadomo, czy moralnie.
No ale czasami nie da sie inaczej. W rozpaczy, w beznadziejnsci, gdy sie tak czlowiek przyzna sam przed soba do przegranej, gdy mu przez glowe, przez serce przemknie mysl - jestem bezsilny - jak w bajce, jak w filmie, pojawia sie pocieszyciel, czarodziej. I mowi - a przestan ze sie mazgaic niebogo, mowi- a oczka swe placzem znuzone-zamknijze, a skoncz ze juz to lajanie, kajanie, lanie lzami w te, we wte. Jestze odpowiedz na kazde pytanie - mowi. Jestze nadzieja. Posluchaj! I szepcze ci, szepcze ci tak: bzzzscccczczvxnmb,.a654njigkrtuij.
No i wszytko jest jasne.
Rok temu siedzialam w samolocie przenoszacym moja dusze i cialo z Nowego Yorku do Krakowa. Im bardziej samolot byl w gorze, tym bardziej moja dusza czula sie w dole, im wyzej on, tym ja wydawalam sie samej sobie ciezsza. Moja dusza wyraznie sie opierala. Po paru godzinach lotu zaczela sie nieslychanie wiercic, wierzgac kopytkami szatanskimi. Gdzies nad Atlantykiem rozryczala sie tak, ze stuardessa z chusteczkami nie nadazala. Lzy ciekly mi z oczu jak szalone, jak opetane. Kompletnie nie wiedzialam o co im chodzi, gdzie tak pedza. Nad ranem samolot wyladowal w Polsce, a ja wiedzialam, ze musze wracac, musze natychmiast wykupic bilet i wracac, skad przylecialam. Zadnej logiki, zadnego pomyslenia, zadnego procesu myslowego. Po prostu moja dusza rozpadala sie w kawalki i nie chciala juz byc razem z moim fizycznym cialem.
Moja dusza uparla sie najwyrazniej, ze wie lepiej, gdzie jest moje miejsce. I nie jest kompletnie wazna "racja", lepszosc czy gorszosc w przypadku wyborow intuicyjnych po prostu nie istnieje. Poza moralnie, poza logicznie wtulam sie w zycie z moim imperatywem wewnetrznym. Chcialabym czesciej byc taka oczywista, taka wyraznie zdyscyplinowana w dazeniu.
Myslenie logiczne mnie rozrzedza, decentralizuje.

piątek, 22 sierpnia 2008

Historia pewnej imigracji


Niektorym ludziom nie wystarcza bycie soba. Ich osobowosc pleni sie, kwitnie, paczkuje i nie moze sie wyrazic w jednym ciele, w jednej tozsamosci.


Pod koniec lipca ogloszono w Bostonie i na Wschodnim Wybrzezu "Amber Alert". Porwane zostalo dziecko; 7 letnia dziewczynka w rozowej sukience byla na wyszminkowanych ustach prezenterek telewizyjnych, czule otulana aksamintnym glosem reporterow radiowych. Jej rozowa sukienka migala na tablicach informacyjnych przy dziewiecdziesiatce piatce i trojce, no i w tunelach. Byl letni weekend. Juz w poniedzialek w rozowym plaszczyku usmiechala sie z pierwszych stron gazet. Obok niej, usmiechniety ojciec - Clark Rockefeller, byly doktor nauk medycznych, kolekcjoner sztuki. I to on stal sie glownym podejrzanym. Zona Clarka przez inetrnetowa tube apelowala - Clark, nasze prywatne sprawy mozemy rozwiazac inaczej, zawsze bedziesz ojcem Reigh... No coz, Clark i jego zona rozwiedli sie pol roku temu. Opieke nad dziewczynka przyznano matce. To bylo pierwsze spotkanie ojca z corka, pod kuratela pracownika socjalnego, po niemal polrocznym okresie niewidzenia. Dramat, dramat, dramat. Tym bardziej, ze to ojciec byl najwiekszym przyjacielem i opiekunem dziewczynki. Mala Reigh byla podobno bardzo elokwentna i niezwykle rozwinieta intelektualnie. Podobno mozna z nia bylo dyskutowac, jak z doroslym osobnikiem. Byla to w 100% zasluga ojca, ktory arystokratyczne swe maniery staral sie przekazac, rozwijajac milosc do literatury i sztuki w mlodej panience. Kobieta bedaca matka i zona, w tym czasie zarabiala ogromne pieniadze. Mieli dwa domy - jeden w Bostonie, drugi w New Hampshire. Clark kupil takze stary kosciol, tutaj to normalne. Uchodzil za zmanierowanego konesera sztuki i arystokrate. Mial dziwny, jakby angielski akcent.


W miedzyczasie policja otrzymywala liczne telefony - widziano ich w New Yorku, widziano na Haiti, podobno wybierali sie do Peru, na jachcie, na statku, na katamaranie.


Pare dni pozniej Clark Rockefeller w towarzystwie swego prawnika byl obfotografowany przez bostonska prase. W porcie w Bolitimore od wielu lat stala licha szlaupa Clarka, znanego tutaj jako Charles "Chip" Smith. Tam zostal znaleziony i aresztowany. Corka miala sie perfekcyjnie dobrze.

Po aresztowaniu wyszlo szydlo z worka, liczne szydla - Clark nie mogl w zaden sposob poswiadczyc swojej tozsamosci, byla zona publicznie oswiadczyla, ze byly maz jest calkowitym i niepohamowanym oszustem tozsamosciowym i osobowosciowym.
I tak zaczelo sie sledztwo w sledztwie - kim jest Clark, kim Clark nie jest. Kazdy dzien przynosil kolejny barwny obraz. Odciski palcow pobrane od Clarka pasowaly do tych, ktore trzydziesci lat temu pozostawil pewien mlody niemiec przekraczajacy granice USA. - Christian Karl Gerhartsreiter. Od tamtej pory po Stanach Zjednoczonych zaczal majaczyc w wielu tozsamosciach - jako Christian Gerhart-Reiter, Christopher Chichester, Christopher Crowe, Micheal Brown, J.P. Clark Rockefeller, James Frederick, Clark Mill Rockefeller, Charles Chip Smith i Clark Rock. Ta sama postac niewielkiego rudzielca ukladala i sprzedawala niesamowite historie. A to o swoim arystokratycznym europejskim pochodzeniu - jako potomek krolewskich rodzin Battenbergow i Mountbattenow, a to o arystokratycznym amerykanskim pochodzeniu - jako potomek slynnych Rockefellerow, a to o swoich sukcesach zawodowych -jako szef slynnej fundacji rodziny Battenberg-Crowe von Wettin, jako wlasciciel prywatnego biznesu w Canadzie, ukonczyl i Harvard i Yele, pewnie jeszcze pare innych znakomitych uczelni. Czlowiek, ktory w jednym zyciu zawarl wiele historii.
W Niemczech byl po prostu synem ubogiej bawarskiej rodziny. W Connecticut gdzie chodzil do szkoly, wyplynely na wierzch jego arystokratyczne maniery. W Wisconsin spotkal kobiete, z ktora sie szybko ozenil i rozwiodl. Potem pojawil sie w Californii. Wynajmowal lokal u mlodego malzenstwa Johna i Lindy. Dal sie poznac jako wyksztalcony i szarmancki znawca wszystkiego. Tymczasem malzenstwo wynajmujace mu lokal zniknelo, zapadlo sie pod ziemie. Clark mial byc przesluchany w tej sprawie ale i on wyparowal. Tymczasem po latach w ogrodku wykopano szczatki Johna. Lindy nigdy nie odnaleziono. John zamordowany zostal przez uderzenie w glowe, najprawdopodoniej mlotkiem, pozniej zostal pocwiartowany. Sasiad z Californi pamieta, ze pozyczal Clarkowi pile mechaniczna... Policja poszukiwala Christophera-Clarka. Jego widmo odnaleziono w Connecticut - nijaki Christopher Crowe probowal sprzedac samochod nalezacy do zamordowanego Johna
Juz, juz miano Christophera na ta okolicznosc przepytac, gdy znowu wsiakl.
W tym samym mniej wiecej czasie w Nowym Yorku pojawil sie Crowe zatrudniany na powaznych stanowiskach w wielkich korporacjach jako posiadacz zamku w Europie, posiadacz wielu Rolls-Roysow itd. Crowe ubiegal sie takze o papiery brokera gieldowego. Pani z galeri antykow na Soho twierdzi, ze czlowiek, ktorego znala jako Rockefeller mial niewybredny gust i kolekcje obrazow wartych gore pieniedzt. Oczywiscie Clark mial tez klucze do glownych drzwi Rockefeller Center...
W Nowym Yorku, podczas party, bawiono sie w gre, w ktorej kazdy uczesnik udaje kogos innego - tak Rockefeller poznal swoja zone. Slub wzieli w obrzadku quakers-owskim, co oznacza bez paierow, bez certfikatu. I tak by sobie zyli pewnie gdyby nie ten rozwod, gdyby nie fakt, ze Clarkowi odebrano jego ukochana corka.

Teraz Clark siedzi w wiezieniu, sledczy zbieraja dokumenty, ukladaja puzzle z jego wymyslonego w 3/4 zycia. A on pisze ksiazke. Robi to, co potrafi najlepiej - kreowac autentyczna fikcje.
Nie moge nie byc pod wrazeniem tej postaci. Nie moge nie popasc w fascynacje jego wirtuozeria w klamaniu. Oto mistrz moj! Zabojca, porywacz, oszust. Czlowiek z nadmiarem osobowosci, bez tozsamosci, bez umiejetnosci bycia soba. Clarku badzze przestroga dla wszystkich poszukujacych i spragnionych lepszej odmiany siebie. Dajze sie ukrzyzowac za swoje klamstwa. Zostan Mesjaszem cywilizacji fikcji i falszerstwa, naszej cywilizacji!