środa, 16 lipca 2008

Glod gromadzenia czyli Gkwadrat


Jako emocjonalny nomad, psychiczny cygan przemieszczalam sie w przestrzeniach doznan i uczuc. Czesto wedrowka ta wiazala sie z reorganizacja tego co zgromadzilam.
Re-organizacja zgromadzonego!
Bo ja wlasnie o gromadzeniu i glodzie chcialam dzisiaj opowiedziec.
Na poczatku, kiedy pojawilam sie na swiecie mialam pewnie wrazenie ogromu, chyba sie przerazilam calym tym swiatem bo najwyrazniej zachcialo mi sie od niego odizolowac cialem. Wiele lat pozniej, wrecz odrotnie, chcialam zeby granica pomiedzy mna a swiatem zniknela...
Jako dziecko gromadzilam wiec cala gore kalorii. Z podskorna poduszka tluszczyku czulam sie bezpieczna, otulona powloczka niepszepuszczajaca poczucia samotnosci i braku. Braki rekompensowalam sobie swoim wlasnym cialem. Pamietam zdarzenie, ktore w jakis sposob uswiadomilo mi powage mojej tluszczowej sytuacji. Gralismy w rodzinne lotki zrobione z igly, patyczka i kawalka papieru ( no takie to byly czasy!). Jedna z lotek wbija mi sie w udo ( jakies 3-4 cm). Nie poczulam niczego. Moja otulinka ochronila mnie przed swiatem zewnetrznym, ktory w sposob oczywisty chcial mnie skrzywdzic.
Gromadzenie jest naturalnym instynktem ludzkosci - taki sobie wniosek wyprowadzilam na podstawie zgromadzonych przez 30 lat informacji i doswiadczen.
Rozne sa te zgromadzenia. A to gromadzi sie dobra materialne, by zaspokoic glod szczescia i wygody, a to gromadzi sie doswiadczenia i przygody, takze te fizyczne, by zaspokoic glod uczuc i zadze nadistnienia, a to gromadzi sie ludzi, znaczki, pocztowki, zdjecia. No, powiedzmy sobie szczerze: ludzkosc po prostu wytwarza i przechowuje miliardy przedmiotow. Wciaz nienasycona, wciaz dyszy zadza, wciaz glodna swa paszcze swiatowa otwiera w poszukiwaniu nowej przestrzeni do eksplorowania, pochlaniania, nazwania, zakwalifikowania i zgromadzenia w wielkim ziemskim Muzeum.
Demokracje wspolczesne nazywane przeze mnie konsumpcyjnymi nastawione sa na gromadzenie, na zasapakajanie najmniejszego nawet glodu, dazac wrecz do eliminacji tego uczucia. Tutaj, w Ameryce, czasami mam wrazenie ze uczucie glodu jest traktowane jak choroba. Jestes glodny? Ojej, nalezy szybko ten stan zlikwidowac. I nie mam tu na mysli tylko jedzenia. Wszelki glod. Najpierw nalezy jednak wytworzyc uczucie braku, glodu. Nastepnie przedstawic rewelacyjna metode jego usuniecia. Pokazac wyjscie z sytuacji i wzbudzic zadze posiadania. Zglodniale szczescia obiecanego indywiduum likwidujac stan glodu pozostaje w stanie upojenia az do czasu odkrycia kolejnej dziury-braku w systemie - zyciu konsumenta dobr.
Jak powiada madrosc plynaca z niesmiertelnych ust Sidharty Gautamy - posiadanie jest cierpieniem i nie posiadanie jest cierpieniem, zjednoczenie z tym, czego sie pragnie jest cierpieniem i odizolowanie od tego, czego sie pragnie jest cierpieniem. Jest tylko jedno wyjscie, szansa ucieczki z kregu gromadzenia - nie gromadzenie. Zbyt trudne, niewykonalne.
Pierwszy raz postanowilam nie-gromadzic we wczesnym dziecinstwie. Do dzis pamietam jakimze cierpieniem byl dla mnie proces stawania sie szlachetna. Dalam kolezance mojego ulubiona misia, ktory byl takze pierwsza zabawka jaka w swoim zyciu otrzymalam. Takie poswiecenie. Tylko dlatego, ze kolezance spodobal sie ten misiu... I dobrze mi sie jakos potem zrobilo. Potem wielokrotnie przeprowadzalam reorganizacje zgromadzonego - wyrzucajac stare zeszyty, pamietniki, meble, ludzi, obyczaje i wspolna przeszlosc. W koncu stalam sie prawie dobra w nie - gromadzeniu. Do Ameryki wyruszylam z dwoma walizkami - troche zimowych ubran, dwa zestawy gi do cwiczenia aikido, prezenty dla amerykanow, kilka dyskietek ze zdjeciami (pozniej okazalo sie ze dwie z trzech byly puste), kilka ksiazek. To wszystko. I przezylam w tym stanie posiadania i bylam szczesliwa bez bagazu rzeczy. Lubie nie gromadzic rzeczy. Lubie miec tylko tyle ile mi potrzeba. Jest wtedy tak czysto, tak precyzyjnie jasno. Wiem, to oznacza nadmierna potrzebe kontroli...
Czesto slysze - powinnismy miec to, warto by bylo miec tamto. Moj maz patrzy na mnie i widzi usmiech. Acha, ty tego nie potrzebujesz? - pyta. Nie wiem - odpowiadam, nigdy tego nie mialam, w tym momencie nie czuje zadnej potrzeby, zadnego braku.
Ale zbieram, wiem, ze zbieram bo moja pamiec czasami eksploduje nadmiarem dat, ludzkich twarzy zanurzonych w koktajlach wspomnien. Moja pamiec jest zbiornikiem. Czasami dokonuje takze przeorganizowania w mojej pamieci - nie wyrzucam niczego, raczej szukam tego co nadmiernie ciezkie i zajmuje zbyt duzo miejsce. Kiedy znajduje taka "rzecz" otrzepuje ja z kurzu i patrze uwaznie, zastanawiajac sie jak ja moge przerobic, przearanzowac, zakonczyc proces rozptrzestrzeniania sie w bulwie gromadzonego resentymentu. Jak w supermakecie na najwyzszych polkach klade te najdrozsze, wysokogatunkowe przedmioty. Najtansze, czasami bardzo dobre, ale nie przynoszace wysokich dochodow klede na polki najnizsze. Jak sobie bede chciala, to je tam dojrze. Czasami robie tez w swojej glowie promocje na jakies wspomnienie. Wyswietlam reklamy, ladnie je opakowuje, zatrudniam ludzi do promocji. A produkt - jakies tam doswiadczenie, to jedno wielkie gowno nikomu niepotrzebne... Nie kazda reorganizacja przynosi efekty.
Jestem konsumentem - nie uciekne przed gromadzeniem i glodem zycia, chociazbym sie bardzo starala. Mnich buddyjski powiedzialby - to sie nie staraj, po prostu przestan chciec!
Alez ja tak lubie czasami powspominac.
Jestem uwieziona w samsarze. Uwielbiam samsaryczny glod, uwielbiam zbierac doswiadczenia i kolekcjonowac wspomnienia. Jak umre to juz mnie nie bedzie. Jedyna szansa jest teraz. Teraz jest jedyna i niepowtarzalna wyprzedaz, promocja mojego zycia.
Lece troche poszperac w rzeczywistosci, a nuz znajde jakis przeceniony diament.

wtorek, 1 lipca 2008

F jak fikcja, fakt, fantazja


Zawsze tkwilo we mnie pragnienie zostania Wielkim Falszerzem, Fikcjomistrzem Universum. Od kiedy pamietam wytwarzam historie. Uzywam fikcji w paru celach:
a) po to zeby byc bardziej atrakcyjna dla mojej rodziny i znjaomych, zeby nosic na sobie pietno wyjatkowosci
b) z samotnosci, bo w samotnosci dobrze jest porozmawiac z kims, chociazby ten ktos nie istnial
c) z powodu niegodzenia sie z materia rzeczywistosci
I w ten sposob bedac dziecieciem odizolowanym i lubiacym przebywac we wlasnym towarzystwie, wymyslilam na przyklad, ze ludzie sa calkowicie wymarlym gatunkiem uwiezionym na planacie opanowanej przez twory, ktore wizualnie przypominaja samochody, generalnie pojazdy mechaniczne. Tylko ja rozpoznalam prawdziwy stan rzeczy. Wszyscy pozostali zdawali sie ufac zywym i zarlocznym tworom. Obserwowalam wiec ze strachem jak ludzie dobrowolnie pakuja sie do ust autobusow, jak bez zbytniej zachety wpadaja w otwarte paszcze aut, ktore uwazaja za swoje.
Nie chcialam wsiadac do naszego Malucha, nie chcialam umierac.
Wymyslilam takze setki historii dotyczacych mojego pochodzenia. Jakos nie chcialo mi sie uwierzyc, ze jestem stworzeniem nalezacym do tego samego gatunku biologicznego, co otaczajacy mnie bracia i siostry w ciele. Jeden z mitow geneologicznych jasno i precyzyjnie okreslal mnie jako dziecko pochodzace z Andromedy ( wierzylam w ta basn przez jakies 20 lat mego zycia). Andromedycznosc objawiala sie w oczach, w lzach, w wielkiej nadwrazliwosci na krzywde, bol i cierpienie. Na Andromedzie nie stosuje sie przemocy... Na Andromedzie panuja ziemskie utopie i dobrze sie maja.
Inna opowiesc tlumaczyla moja samotnosc. Ludzie nie chca ze mna przebywac, bo jest to dla nich niewygodne, moje towarzystwo przyprawia ludzkosc o bol glowy i sumienia. Albowiem mam w sobie swiatlo. Pewnego dnia swiatlo wyzwoli sie ze mnie i spali cala ludzkosc, a raczej pewien jej aspekt. Ludzkosc przez moje wewnetrzne swiatlo zostanie oczyszczona z lez. Zapanuje piekno, dobro i prawda. Nezle.
Charakterystyczny jest fakt, ze jednoczesnie wierzylam w kilka, raczej wykluczajacych sie teorii i wcale mi to nie przeszkadzalo - fikcja i fantazja nie zna granic racjonalnosci, hmm, fakt zreszta podobnie...
Wierzylam smiertelnie powaznie w historie swojego urodzenia w Islamabadzie, w swoje afgansko-zydowskei korzenie, w legende o wedrowce, niespelnionych milosciach i tarapatach, w ktore swiat wplatywal moich antenatow. Nawet majac dwadziescia pare lat nie potrafilam pozostac przy faktach.
Wierzylam, ze w moj mozg zbudowany jest inaczej. Zostawilam nawet wiadomosc dla lekarzy, ktorzy beda przeprowadzali moja sekcje zwlok ( bo na pewno umre mlodo) i wsadzilam ja do dowodu osobistego: "cos jest w mojej glowie, w srodmozgowiu!". Wierzylam, ze metodologiczna eksploracja mojego mozgu pomoze odkryc lekarstwo na raka, generalnie bedzie to lekarstwo na smiertelnosc. Wymyslilam sobie, ze smierc jest rodzajem nieuswiadomionego wyboru, nie koniecznoscia. I trzeba to swiatu powiedziec, ale nie w slowach, tylko poprzez nauke!
Mama doceniala moja wyobraznie. Nie potrzebowalam drogich zabawek - wystarczyla mi stara butelka po szmponie, zeby wyobrazic sobie, ze to najpiekniejsza na swiecie krolewna. Nie potrzebowalam klockow, budowalam zamki w swojej glowie, z materi obrazow i slow. Jedna z ulubionych zabaw bylo przeprowadzanie wywiadow z fikcyjnymi postaciami. Moglam byc kazdym, moglam nie byc soba. I byla to przyjemnosc, ktora zadne slodycze nie mogly zastapic. Druga ulubiona zabawa bylo nagrywanie filmow. Oczywiscie nie mialam kamery, ale moje oczy w pelni zastepowaly najdrozsze wynalazki techniczne. Nagrywalam muzyke, wybieralam kadry. Bylam takze autorka scenariuszy i producentem. Czasami nawet nie gralam sama. Zapraszalam do wspolnej zabawy w film moje kolezanki - aktorki. I krecilysmy zagadki kryminalne, poscigi, romantyczne kolecje i sceny lozkowe.
Jak juz bylam duza, fikcja sama wylewala mi sie przez usta. Nie podejmowalam decyzji o klamaniu- bylo to uzaleznienie, niekontrolowana sklonnosc do narkotycznych fantasmagorii. Po prostu bylam klamczucha ( jak alkoholik zawsze juz bede klamczucha), ktora nie moze poprzestac na rzeczywistosci, ktora zawsze cos musi dodac, ubarwic, przeinnaczyc. Czasami sama siebie zadziwialam stosem klamstw jednorazowo wyplywajacych ze mnie bez najmniejszego udzialu swiadomosci, bez jakiejkolwiek kontroli osrodka moralnego. Krzywdzilam siebie.
Zdecydowalam sie na zastosowalam diety anty-fikcyjnej. Zero fantazjowania, twarde trzymanie sie podloza, zero dlugich opowiesci, bo te stanowia zaproszenie dla kreatywnosci, ktorej potok chcialam zatrzymac. W kontaktach z ludzmi ( byla to oczywiscie najtrudniejsza czesc terapii odfikcyjniajacej) musialam koncentrowac sie na innych, nie na sobie, sluchac innych, akceptowac fakt bycia akceptowana w ksztalcie wizualnie dostepnym dla widza zewnetrznego. Nie bac sie martwej ciszy samotnosci...
Na odwyku odkrylam ze jestem mistrzynia w wymyslaniu siebie. Poza tym obszarem moja wyobraznia jest blada i bardzo zwyczajna, przecietna. Moje fikcje i fantazje sa skoncentrowane w jednym punkcie - niewiedzy o prawdziwej naturze mnie samej. To kompletna ignorancja w materii "prawdy o samej sobie" umozliwiala mi plywanie w tak wielu mozliwosciach.
Moje rozstanie z fikcja bylo bolesne i placzliwe. Jak kazdy odwyk.Trzymalam ja kurczliwe za rekawy, krzyczalam "nie zostawiaj mnie", "nie odchodz". Jak w noweli brazylijskiej, fikcja, moja kochanka i bogini, stwierdzila ze nie odchodzi, po prostu oboje potrzebujemy czasu, musimy od siebie odetchnac. Po jej odejsciu zostala mi moja druga naloznica - fantazja. Nie chce sie z nia rozstawac. Jest taka urocza, czasami taka niewinna. Chyba nie potrafie bez niej zyc. Byc moze nasz zwiazek jest toksyczny. Musze o tym sama z soba porozmawiac.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Naushon - pierwsze wrazenia.


Sa ognie piekielne i ognie rajskie. Te ostatnie, podstepnie, bez uprzedzenia spalily mi skore. Leze teraz i obserwuje kurczaki grillujace sie na moich udach, pilnuje jejecznicy smazacej sie na moim brzuchu. Dzieki plomieniom slonecznym stalam sie Indianka, pierwotna mieszkanka Naushon. Naushon w jezyku Indian podobno oznacza wyspe blogoslawiona lub blogoslawienia. Plynie sie na Nashon niedlugo, jakies 20 minut z Woods Hole. Promik konczy swoj bieg w malej zatoczce z przystania. To poczatek wakacji wiec wyspa jeszcze niemal pusta. Jest Beth w ogromnym kapeluszu, bialej plociennej bluzce i bialych lnianych spodniach. Dzieciaki wbiegaja na poklad - zabieraja kosze z jedzeniem - sokami, slodyczami, chlebem. Jaja i sery sa na wyspie.
Pierwsze co widze, to konie zajadajace trawe. Sa leniwe. Dwa zrebaki domagaja sie maminej uwagi.
Skrecamy z glownej druzki. Zielonosc, pagorkowosc, zapach oceanu.
Naushon jest raczej dluga i waska, a linia brzegowa skreca sie i wije jak w drgawkach pod dotykiem niebieskich dloni wody.
Maszerujemy z Douglasem szybko, zeby zdazyc na przyplyw przy "Pierwszym Moscie". Jak sie zdazy na przyplyw, wskoczy w nurt, ocean zabierze cie prawie na Fisherman Isle, albo jeszcze dalej- tlumaczy mi Douglas. Nie zdazylismy. Po drodze musialam zobaczyc Central House i Russel House.
Przemierzajac zielonosc Naushon czuje sie jak w Polsce, jak u babci Golebiowskiej na wsi, jak w Dmosichach. Niewiele pamietam ze swoich dzieciecych wloczeg po Dmosicach. Niewiele szczegolow. Pozostala pamiec zapachow, nastrojow, ulotnej wolnosci.
Drugie skojarzenie to Baczyn i tamtejsze zarosla z zapachem gorskiego strumienia, z piaskiem na sciezce wiadacej w gore, to wrazenie, ze moge tu byc szczesliwa, jesli tylo zechce, jesli sobie na to pozwole.
Trzecie skojerzenie - Debki poza sezonem. Morze - moje, na wlasnosc, zatoczki, fale, mewy. W Debkach uwielbialam poczucie bliskosci z natura, poczucie wspolzaleznosci - odnajduje to uczucie tutaj.
Naushon przenosi mnie w dziecinstwo. Zaczynam myslec o tych wszytskich niesamowitych przygodach jakie moga sie wydarzyc na wyspie. Nie sposob odpedzic od siebie wizji szukania skarbow, od wyobrazenia wielkiej i niebezpiecznej wyprawy na wschodni koniec wyspy do Fresh Pond. Albo ta gora - Mount Seraut. Raczej wzniesienie. Podczas ostatniej swiatowej wojny wykorzystano to miejsce na obserwatorium - wiec pozostal schowany w ziemi i zarosniety bunkier. Toz to czysta, niczym nie zmacona Arkadia, toz to wrecz idealne miejsce na zabawe w Robinsona, w wyspe skarbow, w odkrywanie tajemnich tego swiata na pewno ukrywanych przez stulecia przez rodzine Forbsow. Nie moge przestac wyobrazac sobie tych wszystkich rozbitkow, piratow, ba, nawet zolnierzy i lotnikow z ostatniej wojny, ktorzy gdzies tu wszyscy sa - w mojej wyobrazni naushonskiej.
Pony Pasture nieomal powalil mnie z nog. Ten piekny dom na malym wzniesieniu jest wrecz idealnym gniazdem pisarskim. Na lace pasa sie krowy. Zaraz za Niebieska Brama widac piaszczysta plaze - to South Shore Bathing Beach. Wskakuje w ocean. Pozwalam sie unosic falom. Slona woda wlewa sie buzi. Piasek mieni sie sloncem w soli, sola w slonce. Zasypiam pozniej zmeczona. Slonce pali mi skore - ale jeszce o tym nie wiem.
Potem idziemy na polnoc przez Grapevine Path, ale gubimy sciezke gdzie w poblizu Big Swamps. Wracamy na Main Road i idziemy nad Mary Lake. Znowu przypomina sie Polska i pierwsze wakacje na jeziorem Roznowskim. Potem odwiedzamy jeszcze ogrodek - wspolne dobro obywateli wyspy. Pozdrawiamy owce pasace sie na kolejnej lace i lame, ktora strzeze owiec przed koyotami. Idziemy do Stone House, z ktorego widac Zatoke z przystania. Pora jest mocno popoludniowa. Zawsze marzylam, zeby siedziec w bujanym, drewnianym fotelu, sluchac swierszczy i patrzec na zachod slonce w letni upalny wieczor. Kolejne male marzenie sie spelnia, skora zaczyna palic.

Naushon jest bajka dla dzieci. Jest jak bajka dla doroslych. Naushon jest tak spokojna, tak zielona, tak malownicza ze wszystkimi swoimi zatoczkami, plazami, lasami i pustynia, ze nie da sie nie kochac tej wyspy. Oczywiscie, ze sie zakochalam. Oczywiscie, ze przyzeklam sobie napisac tutaj wiekopomne dzielo. Oczywiscie wiem, ze dzielo to zostanie pewnie w mojeje glowie.

Naushon jest na granicy snu i jawy, jak wyobraznia.

Znam juz swoja nowa rodzine na tyle zeby wiedziec, ze faktycznie wyspa jest jak rodzina - marzycielsko-intelektualna.

Ktos mi sie wczoraj zapytal - jak sie czuje na Naushon. Nigdy stad nie wyjezdzalam - odpowiedzialam, bylam tu od zawsze. Ta wyspa jest jak moja wyobraznia. Na granicy swiatow, pomiedzy przyszloscia i przeszloscia...

piątek, 13 czerwca 2008

Naushon

Wczoraj bylam na pobrzebie Jima Colta. Widzialam go tylko raz, w dniu mojego slubu. Wnuczek Jima, po jego smierci mial tylko jedno pytanie: czy w niebie jest Naushon i czy pan Bog wie, ze dziadkowi tam bedzie najlepiej.
Naushon. Jeszcze tam nie bylam. Wszyscy wczoraj pytali mnie jak mi sie podoba Naushon, czy bylam juz na Naushon, kiedy w tym roku bedziemy w Naushon, i w ktorym domu.
Nie chce sobie tworzyc zadnych wyobrazen na temat tej wyspy. Niedlugo ja zobacze.
A historia jest taka.
Dawno temu pewien szkot - John Murray Forbes, zdecydowal sie rozwinac swoj bizness w Ameryce. Zarobil gore pieniedzy na handlu z Chinami: import-eksport (glownie opium). Pewnego razu z przyjacielem dostali sie na mala wyspe niedaleko Cape Cod, jedna z wysp zwanych Wyspami Krolowej Elzbiety. Jak zobaczyl Naushon tak sie zakochal. Przypomniala mu sie jego ojczyzna - Szkocja. I kupil Naushon. Inni powiadaja,ze wygral w karty... W kazdym razie od konca 18 wieku Naushon stalo sie siedziba Forbsow. Po smierci praprzodka "wladze" na wyspie przejela rodzina. Utworzono fundusz, ktory po dzien dzisiejszy zarzadza wyspa, decydujac o jej przyszlosci. Jest to rodzaj wlasnosci nalezacej do calej rodziny Forbsow. W dniu mojego slubu stalam sie czlonkiem klanu. Na wyspie jest wielkie drzewo geneologicznego z imionami i nazwiskami wszystkich nalezacych do rodziny. W te wakacje zawisne na drzewie.
Nashoun nie posiada drog, mozna sie tam dostac promem z Wood Hole na Cape Cod. Przez ostatnie 100 lat rodzina prowadzila ozywiona dyskusje czy zgodzic sie na podlaczenie produ. W koncu osiagnieto kompromis. 35 domow posiada juz zdobycz cywilizacyjna w postaci elektryfikacji. Ale nadal nie ma zgody na to, zeby uzywac samochodow. I nie bedzie.
Naushon ma kilka plaz. W zasadzie wyspa jest wlasnoscia rodziny, tzn. jest prywatna, ale udostepniono jedna z plaz dla tych, ktorzy chca przyplynac i zakosztowac Amerykanskiej Szkocji.

Naushon dla rodziny jest jak Mekka.
O poranku wszyscy, w szlafrokach, ze snem we wlosach schodza do przystani zobaczyc czy ktos nowy przyplynal, odebrac poranne gazety i poczte. W ogromnej kuchni nastepnie nastepuje sniadanie. Nastepuje - bo jest to rodzaj rodzinnego obrzadku. Ta rodzina naprawde jest duza! A potem kazdy wyrusza w swoja strone. Czesc jezdzi konno, czesc smazy sie na plazy, ktos gra w polo, ktos gra w golfa. W tamtym roku w przystani gdzie uwielbia sie kompac moja tesciowa widziano rekina.
Naushon jest pamiecia tej rodziny, czczona, uwielbiana, zywa.
Kiedy pierwszy raz spotkalam sie ze swoja przyszla rodzina, okreslili mnie nastepujaco: "she is very Naushon". Cokolwiek to znaczy, zobacze Naushon juz niedlugo.

wtorek, 10 czerwca 2008

Ego


Chcialam nie byc metafizyczna i abstrakcyjna, chcialam pisac tylko o rzeczach, ktore mozna dotknac. Jednakowoz nie da sie, po prostu nie da sie w przypadku "e" nie pisac o ego. Samo sie prosi, przyciaga moja uwage, gdzie nie spojrze, o czym nie pomysle, w koncu docieram do tego samego punktu - do ego. Ego nie ma dobrej prasy. Wszyscy mowia - pracuj nad swoim ego, powinnas zrobic cos ze swoim ego, alez ty masz ego, ego powinno zostac zniszczone. Zadziwiajacy byl zawsze dla mnie fakt, ze obcy ludzie wiedzieli o moim ego wiecej niz ja sama. Czesto wiec wolalam ego, zaklinam zeby sie w koncu ujawnilo, zeby sie pokazalo, chcialabym sobie z nim troche porozmawiac o zyciu, w koncu tylesmy razem przeszli, a tu nic. Cisza. Wywieszalam ogloszenia na plotach, rozpytywalam znajomych, czytalam nawet ksiazki podrozniczo-turystyczne, ba fizyczne i chemiczne - wszystko po to, by sie w koncu spotkac z ego, moim przeklenstwem, podobno. Bo ego generalnie jest nie lubiane w srodowisku, w kazdym srodowisku, a w moim wyjatkowo - jestem przeciez buddystka i cwicze aikido. Ani jednego, ani drugiego nie da sie doprowadzic do perfekcji z ego na karku. No nic, zacisnelam zeby i dalej szukalam. W koncu mialam wrazenia, prawie pewnosc, ze go dopadlam. Ego siedzialo wygodnie roplaszczone na kanapie i patrzylo w ekran telewizyjny, przeskakujac co chwile z kanalu na kanal. A tu cie mam - pomyslalam. I odetchnelam z ulga. No bo jesli moja przeszkoda w byciu niemal doskonala jest ten opasly osobnik po prostu ogladajacy wszystko z pozycji wewnterznej - to nie ma co sie az tak nad faktem jego istnienia roztrwoniac. Jako ogladacz jest kompletnie nieszkodliwy. Ale powiedziano mi, ze ogladacz to inna bajka i zebym nie myslala, ze to ego. No to szukalam dalej, coraz bardziej zatrwozona faktem, ze mam problemy z taka prosta czynnoscia jak znalezienie wlasnego ego. Mowilam sobie - jakze ty chcesz oswiecenie osiagac, jekze ty chcesz doskonalic sie w sztuce wymagajacej opanowania i pelnej samoswiadomosci, jak nie mozesz nawet swojego glupiego, za przeproszeniem, ego znalezc. Szukalam dalej. Pewnego dnia w trakcie jakiejs klotni, czy powiedzmy ostrej dyskusji z kims, wydawalo mi sie ze je widze, ze widze cien ego. Wyruszylam w poscig, z usmiechem, bliska sukcesu. Po wielodniowej gonitwie, ledwo zipiac z wycienczenia dopadlam je. Kon by sie usmial. To, co bralam za swoje ego bylo moja pamiecia, ze wszystkimi bajkami, marzeniami, przekonanimi moich rodzicow, babek, moja pamiecia lingwistyczna, moim dziecinstwem i mlodoscia, itd. Biedny twor zyciowych perypetii. Czysty swir. Nie mozna byc normalnym pamietajac to wszystko, w pewnym momencie ulega sie poplataniu w gmatwaninie faktow, zdarzen i marzen. Jesli to jest moje ego - pomyslalam, to samo sie zniszczy predzej czy pozniej, bo juz w tym momencie wyglada na mocno nadszarpniete zyciem. Zostawilam wymoczka w spokoju, bo zal mi sie go zrobilo. Niemal go zaszczulam w tej pogoni. Ciezki oddech czulam na plecach odchodzac. Nie wiem po co ludziom zawraca sie w glowie teoriami o zwlaczaniu ego. Jesli ego kazdego czlowieka jest takim "stworzeniem"- fatamorgana, zlepkiem przeszlosci, marzen, pragnien, a przede wszytskim strachu, strachu i jeszcze raz strachu, to walka z tym czyms jest bezsensownym wydatkiem energetycznym. Lepiej isc w gory, poplywac, pospacerowac nad brzegiem morza lub przytulic sie do kochanej osoby. Strach ma wielkie oczy. Poswiecanie czasu na walke z ego wydaje mi sie marnotrastwem. Nawet jesli sie je znajdzie, ukryte gdzies w ciemnej piwnicy, ego bedzie sie po prostu balo i zatrwozone smiertelnie nie odezwie sie nawet. Wystarczy bac sie troche mniej niz wlasne ego, a juz mozna mowic o zyciestwie nad nim. Troche mniej sie bac.
Ja tam polubilam mojego tchorza, czasem rozmawiamy. Probuje przekonac moje ego, ze zycie nie jest ograniczone do mnie lub do niego, ze zycie jest wszedzie. Pokazuje mu piekno tego swiata liczac na to, ze chociaz na chwile przestanie myslec trwozliwie o swoim koncu.

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Incredibles versus Spiderman

W weekend obejrzalam dwa "arcydziela" kina amerykanskiego: The Incredibles i The Spiderman. Wiem, wiem, nie jestem pierwsza. Mozna wrecz powiedziec, ze sa to dziela mocno odgrzewane, ba, wrecz prehistoryczne. Nigdy jakos mnie nie pociagal sen o nadprzyrodzonej mocy, nie zachwycali super bohaterzy, normalne zycie uwazalam za najwyzszej klasy survival. Dlatego filmy o nad-ludzkich bohaterach, nad-ludzkich katastrofach i przygodach nie z tego swiata, nigdy nie zajmowaly miejsca w mojej wyobrazni. Postanowilam jednakowoz zapoznac sie z ikonami kultury, w ktorej zyje. Superheros jest czescia zbiorowej wyobrazni tego narodu. Pojawil sie w latach 30. Stworzony przez potomkow Narodu Wybranego ( pierwsze komiksy z Supermenem to dzielo tandemu Siegel & Shuster). Przez wiele dekad ten nadczlowiek, na co dzien Clark Kent, ratowal ludzi z opresji przez nich samych tworzonych. Walczyl w imie dobra i sprawiedliwosci, stawal po stronie przesladowanych i ubogich, zawsze byl takze politycznie poprawny. Najwazniejszy jest jednak dla mnie zrab tej historii, podstawa dla wszystkich pozniejszych herosow: zwyczajny, tak na prawde niezwyczajny bohater, stawia czolo zlu tego swiata, wygrywa, ale nie bez uszczerbku. Jego osobowosc jest mieszanka czlowieczenstwa i nadczlowieczenstwa odzielonnych przebraniem, kostiumem, maska. Supermen musi miec swoj stroj zeby dokonac dziela, stroj przeistacza go w bohatera o nadludzkiej sile. Moralnie superhero jest poukladany - miewa momenty zalamania, ale generalnie wie co dobre, a co zle. Jego swiat jest czarno-bialy, cudownie pozbawiony szarosci normalnej rzeczywistosci aksjologicznej. Jego zycie osobiste jest nie poukladane - bohater rezygnuje z milosci, zdajac sobie sprawe z konsekwencji swego zaangazowania w jakakolwiek relacje, jego super arcy sila jest przeszkoda w tworzeniu normalnego rodzinnego zycia. Bohater ma za soba ciezkie przejscia osobiste, jakas tragedia kryje sie w jego przeszlosci. Ludzkosc, ktorej sluzy swoja sila i umiejetnosciami nie zawsze jest dla niego laskawa. Oczywiscie jest przez tlum uwielbiany, ale raczej warunkowo, w zaleznosci od zaslug. Slawa i chwala nie trwa wiecznie. Bohater stawia czolo ambiwalencji ludzkich uczuc - kochaja go i boja sie go. A strach zawsze moze przerodzic sie w nienawisc. Samotnosc zatem, zawsze samotnosc i ciezar bycia Innym.
Spiderman jest typowym amerykanskim supermenem. Schemat wypelniony jest przez granatowo-czerwone ubranie, maske, ukochana, ktora sklada sie na oltarzy spolecznego zaangazowania. Ok, niech mu bedzie, ze wielka sila wymaga wielkiej odpowiedzialnosci. Cos w tym jest...
The Incredibles byli dla mnie zaskoczeniem. Pozytywnym. Schemat jakby ten sam. Ale od poczatku wiemy, ze to nie jest "powazna historia" Film zaczyna sie fragmentami z wywiadow z naszymi bohaterami. I chociaz ogladamy to samo, co w kazdej superprodukcji - ucieczki, gonitwy, intrygi, walke dobrego ze zlym, to nie jest ta sama historia! Superherosow, po pierwsze jest wielu. Po drugie, superheros zaklada rodzine. Po trzecie, w decydujacym momencie, Mr. Incredible przyznaje, ze jest slaby, ze obawia sie o swoja rodzine i to rodzinne, wspolne dzialanie prowadzi do szczesliwego zakonczenia. Superhero nie jest sam, wiecej milosc jest dla niego najwazniejsza, to milosc wygrywa z egoistycznym zdobywaniem poklasku i slawy. (Musimy ratowac rodzicow!- mowi mala Niesamowitowna. Ich zycie moze byc zagrozone, a moze nawet gorzej - ich malzenstwo! - dodaje). Niesamowite! Dodatkowym tematem tego filmiku jest problem z samokresleniem sie bohaterow, z samoidentyfikacja. Niesamowici nie sa zwyczajni i nie potrafia byc zwyczajni. Wszelkie proby stopienia sie z tlumem prowadza do depresji i narastajacego zniechecenia. "Maska jest twoja tozsamoscia" mowi niesamowita mama do swojej niesamowitej corki. Niesamowici musza byc tym kim sa. Moga zyc wsrod ludzi, w gruncie rzeczy dziela ich emocje i pragnienia, ich serca sa takie same, roznia sie tylko cialem i "supersila". Tylko tym! The Incredibles jest filmem o amerykanskich idealach, podobnie jak Supermen. O ile jednak Supermen czy Spidermen opowiada o jednostce walczacej ze zlem samotnie, The Incredibles sa wyznaniem amerykanskiej wiary w tolerancje, rodzine i wolnosc bycia tym, kim sie jest.
Dla mnie Niesamowici sa gora. Sa takim ludzkim, nie mitologicznym mitem...

środa, 21 maja 2008

D jak Dom


Dom. Prawdopodobnie jedno z najwazniejszych pojec dla wielu tysiecy, milionow ludzi. Ten fizyczny - z cegly, drewna, gliny; ten emocjonalny - przystan i bezpieczne schronienie; ten ostateczny - nasze wyobrazenie o tym skad przyszlismy i dokad zmierzamy...
Chcialam opowiedziec o domach moich fizycznych. Jakos, z dnia na dzien, coraz mniej interesuje sie "metafizyka" codziennosci:)
Pierwszy moj dom byl na ulicy Ogrodowej. Jedno z piekniejszych miejsc swiata. Niby zwyczajny czteropietrowy blok zamieszkiwany przez ludnosc robotnicza, ale otoczenie uczynilo go dla mnie magicznym. Z balkonu widzialm Piszczela! Piszczele lub Piszczela to zielone, niezagospodarowane miejsce w srodku Sandomierza. To miejsce zimowych slizgow saneczkowych, a letnich wypraw archeologicznych. Najlepsze skarby wykopywalam na gorze Pimpolimpo - skorupki starych garnkow, monety (nawet sredniowieczne), kosci. Piszczela byly grobem dla wojsk tatarskich i lokalnych - historyczna pamietka obrosla zielenia. W Piszczelach mieszkala takze malo juz historyczna Czarna Lapa - czyli nieokreslony zly duch porywajacy dzieci i robiacy z nimi "Bog Wie Co." Im starsza bylam, tym mniej sie balam Czarnej Lapy. Pamietam nawet, ze w wieku 7 lub 8 lat odwazylam sie krzyczec na Nia - przyjdz, pokaz mi sie! Byl to bowiem czas, kiedy sprawdzalam wszelkie Niewiedzilane. Bardzo chcialam zobaczyc dowody na istnienie jakiejkolwiek duchowosci. Piszczela, lekko zamglone i tajemnicze w lecie i calkowicie transparentne zima dostarczyly mi typowego wzorca Arkadii. Moja Arkadia, miejsce zabaw dzieciecych byla po prostu grobem...
Ulica Ogrodowa byla takze domem dla moich zwierzat, ktore w tamtych okresle sprowadzalam z calego miasta. Mama mowila -"ludzie zaczna gadac, ze jestes psia mama i nienormalna" No a ja po prostu rozplywalam sie w milosci do wszelkich skrzywdzonych stworzonek, karmiac je i pielegnujac. Zmiana domu przyniosla zamkniecie mojego "schroniska". Nowe mieszkanie bylo za pachnace, za nowoczesne, za lsniace na caly ten zwierzecy balagan. Przenieslismy sie do ostatniego (wowczas) bloku w miescie. Znowu mialam za oknem zielen i pola. I to bylo dobre. Kilka lat pozniej kiedy wycinali drzewa przed moim domem plakalam, czujac, ze ktos oto ostatecznie zabiera mi moje zielone dziecinstwo.
Przenioslam sie na nasza dzialka. To znaczy w myslach nasz dzialkowy domek uwazalam za swoj. Wyobrazalam sobie zycie na tych paru metrach kwadratowych, za to w otoczeniu kwitnacych drzew owocowych, ziemniakow i pomidorow.
Oczywiscie nasza przeprowadzka do nowego mieszaknia przyniosla korzysci w postaci wlasnego pokoju. Oj, bylze on, byl moim domem. Kiedy nocami siedzialam wchlaniajac magie chemiczna i fizyczna, te cztery sciany byly ostoja chroniaca mnie przed wyparowaniem, zniknieciem. Te cztery sciany odzielaly mnie od swiata, ktory stawal sie coraz bardziej bolesny, coraz mniej zrozumialy.W pewnym momencie jednak wyprowadzilam sie. Spedzilam dwa zwariowane tygodnie w opuszczonym domu niedaleko kosciola Sw. Jakuba. Wielki dom, ktory kiedys moj dziadek chcial kupic mamie, ale ta nie zgodzila, bo slyszala, ze w tym domu straszy, ze jest zamieszkaly przez duchy. Przeprowadzilam sie do nawiedzonego domu i stalam sie jego duchem. Zapalalam swiece i stawialam je w oknach, przytulalam sie do pustych scian. Wyobrazalam sobie siebie, jako osobe, ktora wtedy nie bylam, wyobrazalam sobie siebie szczesliwa.
Szpital psychiatryczny nigdy nie stal sie moim domem.
Potem mialam swoj pierwszy samodzielny dom. Z Bartuszka nazywalismy nasze mieszkanie "domeszkiem". I byl to prawdziwy, zbudowany od podstaw przez nas, dom. Czasami lekko zbyt emocjonalny, z ogromna dawka dramy, z prowizoryczna kuchnia, w ktorej sie nie gotowalo. Ale byl to dom, na osmym pietrze w Lublinie. Potem z Bartuszka mielismy jeszcze inny dom - byly klasztor Bozogrobcow, koszary wojsk austriackich, widok na Wawel. Podobno ludzie czuli w nim nasze szczescie. Ale pewnego dnia kamienica pekla, a syn wlascicielki przyniosl pistolet i polozyl go w przedpokoju. Trzeba bylo zmienic miejsce. Kilka ulic dalej, na Kazimierzu zamieszkalismy na ostatnim pietrze w zydowskiej kamienicy. Uwielbialam to mieszkanie za polke na ksiazki wbudowana w sciane, za drewniana podloge i szafe ze skrzypiacymi drzwiami. Nienawidzilam tego domu za bezsenne noce, za niepokoj i wielogodzinne szlochanie. Przenioslam sie na parter. Z Andzelka malowalysmy szafki, szorowalysmy podlogi, mylysmy okna, kupowalysmy dywany. Kamienica tetnila zyciem i muzyka. Max gral na pianinie, jego kot patrzyl lzawie zza szyby kredensu, Chopen budzil nas przez otwarte okna. Przy okraglym stoliku. przy zielonym piecu pilysmy wciaz herbate. Niekonczacy sie podwieczorek, poza czasem.Byl to jednak dom dzienny, bo nocami walesalysmy sie szukajac czegos tam i wracalysmy nad ranem. Ksiezyc pulchnie zawsze zagladal przez oknem. I wszedzie bylo tak blisko. Nad rzeke, na kaziemierzowskie podworko, na Rynek, na Grodzka do szkoly. Ludzie zagladali do naszego domu czesto. Zawsze wlasciwie ktos pukal. Przez niebieskie kwiatki w oknach przechodnie podpatrywali nasze cienie.
Kilka elementow wlasnych, ktore zawsze sie ze mna przemieszczaly- ksiazki, co roku wiecej i wiecej, lustro kupione "U ruskich" z gipsowymi ramami pociagnietymi zlotolem, koszyki wiklinowe, maly niebieski dzbanuszek. Potem mama kupila mi moje pierwsze wlasne lozko, fotel i stolik. Stalam sie rowniez wlascielka komputera. Oplywalam w rzeczy.
Byl czas, ze mialam dwa domy. I byl to czas pelen leku. Nie mialam jednej szczoteczki do zebow, ale dwie, czesc ciuchow byla tu, czesc tam, czesc ksiazek tu, czesc gdzie indziej. Tak sie zaczela moja bezdomnosc, ktora ciagnela sie przez wiele lat. Tworzylam zwiazki z mezczyznami i nie potrafilam zbudowac, stworzyc domu. Kolejne ulice, kolejne pokoje, zawsze to samo lustro, wiklinowe koszyczki i maly niebieski dzbanuszek. Wyrzucilam lozko i stolik, komputer podarowalam dziecku.
Kupilam tez dom, w ktorym nigdy nie zamieszkalam. Byl pieknie otoczony gorami i lasami. I chcialam w nim zyc - spokojnie, bez pospiechow i dazen. Chcialam piec chleb, chodzic na grzyby, robic wlasny ser. Chcialam prostoty. Ale zycie sie pokomplikowalo. Sprzedaz tego domu umozliwila mi wyjazd do Stanow, spotkanie z moim mezem i stworzenie w koncu przystani.
Mieszkam na ulicy Lesnej, ja Sylwia-Lesna, mam swoje lozko, stolik i cztery krzesla, mam wielka amerykanska kanape i polki z ksiazkami. Kiedy wychodze, przed zamknieciem drzwi, chwile patrze na moje mieszkanie i mysle sobie - oto moj dom. I jestem bardzo szczesliwa.
Dobrze miec dom, dobrze o tym wiedziec.

środa, 14 maja 2008

C - cichosza...


Gdyby ktos zapytal mnie wczoraj o najwazniejsze "c" w moim zyciu, musialabym odpowiedziec - Celtics! Wczoraj po raz pierwszy bylam na meczu amerykanskiej koszowki w ogromnej, jak na Ameryke przystalo, hali wypelnionej po brzegi bostonczykami zakochanymi w swojej druzynie. Trzeba dodac, ze bostonczyk z istoty swojej jest kibicem. Sa cztery swietosci w swiecie prawdziwego kibica - Patriots, Red Sox, Celtics i Bruins. Wiecej swietosci nie ma, w ogole nie ma nic ponad to. Prawdziwy bostonczyk wierzy tylko w swoje cztery druzyny, prawdziwy bostonczyk placi ponad tysiac dolcow zeby zobaczyc mecz, prawdziwy bostonczyk placze, gdy jego druzyna przegrywa... Wczoraj poczulam namiastke swietej sportowej wiary, wsrod tlumu dwudziestu tysiecy osob wrzeszczalam: Let's go Celtics!!! Poza tym jadlam hot-dogi, pilam coca-cole, dla odmiany krzyczalam: "Cleveland sucks!" ; probowalam nawet spiewac z innymi hymn amerykanski, ale stwierdzilam po chwili, ze moja amerykanizacja posuwa sie stanowczo za daleko i ucichlam.
I o ciszy wlasnie chcialam przy okazji mojego wewnetrznego alfabetu opowiedziec. Dla mnie cisza jest jak "przedmiot luksusowy", najwyzszej jakosci, trudno dostepny rarytas. Banalizowanie ( boze, czy taki wyraz w jezyku polskim istnieje?) o roznych ciszach, o kolorach ciszy - o ciszach bialych i szaroburych, o natezeniach ciszy, o emocjonalnym zabarwieniu ciszy, wszystko to zostawiam za soba. Chcialabym po prostu, po cichu, bez szumu nadiaru slow opowiedziec o ciszy mojej codziennej.
Kiedy zamykam drzwi za moim mezem wychodzacym do pracy, zostaje sama w ciszy. Wracam do lozka, nakrywam sie koldra i zanurzam w blogostanie nastepnych kilku kwadransow wypelnionych cichutkim strumieniem mysli. Niczego nie chce wtedy pamietac, niczego nie chce analizowac, nie chce robic planow na dzien, ktory swita za oknem. Leze sobie tak nigdzie nie pedzac i nie spieszac sie do niczego i czuje, ze wreszcie odpoczywam - od snow, od ludzi, od jezykow dwoch i dwoch swiatow moich. Moj towar luksusowy, moja najwspanialsza maseczka pieknosci, moj balsam wiecznej mlodosci, moja kuracja botoksujaca zmarszki codziennych zmagan z rzeczywistoscia.
A czasami wykorzystuje cisze uprzednio zmagazynowa i zapiklowana w sytuacjach nadmiaru slow. Czlowiek, drugie najwazniejsze "C" w moim zyciu, gada nieustannie do siebie i innych. Taka jego natura - kreacja, konstrukcja, kokieteria. Czasami trudno jest czlowiekowi nad dzielami swymi zapanowac. Wtedy rodzi sie chaos zamiast kosmosu. W pewnym momencie zorientowalam sie, ze nadmiar slow wypisywanych i wypowiadanych jest rodzajem tarczy maskujacej strach przed prawda, przed cisza. Slowa i wrzask jest rodzajem upartej samoobrony przed niewidzialnym wewnterznym przeciwnikiem. I zamurowalo mnie. Z otwarta z zadziwienia buzia uslyszalam sama siebie spierajaca sie o racje, siebie negujaca slowa wszystkich znanych mi ludzi - przyjaciol i nieznajomych, uslyszalam w koncu swoj upor. Zrozumialam, ze jestem z tych, co to zawsze maja ostatnie zdanie do dodania, ostatnie "nie" do wypowiedzenia. I zamilklam. Teraz w sytuacjach dialogu z drugim czlowiekiem otwieram zlota nakretke z balsamem ciszy - chce sluchac!, chce milczec!, chce zobaczyc czlowieka odbijajacego sie we mnie. Pyszna jest ta cisza. Ale dawkuje sobie ambrozje starannie, bo wiele mnie ona kosztuje - wysilku przymkniecia siebia, mojego nie pocieszonego i nie uciszonego ego. Niesamowite, ze po trzydziestu latach gadania, zdecydowalam sie takze posluchac, nie tylko sluchac.
Mam w swoim zyciu jeszcze jedna cisze, ktora uwielbiam. To cisza tuz po dobrym treningu aikido, kiedy siadam w seiza i czuje jak moje cialo pulsuje z radosci (hmm, nie mowie tutaj o seksie, chyba). W tym milczeniu takze mnie nie ma, nie ma mojej gadatliwej, oceniajacej, rozdrabniajacej i logicznej swiadomosci. Nie ma cogito, a jestem, cicho.

Jest jeszcze jedno wazne C. C jak ciastko. Nic na to nie poradze, ze uwielbiam slodycze, ze moglabym sie zywic wylacznie ciastem z jablkami, ze pierwsza ma poranna mysla jest mysl o ciastku z kremem. Cukier jest moja podstawowa substancja dietetyczna.

***

Ach, ciagle slysze ten kawal, wiec w koncu musze go zapisac.
Starszy mezczyzna lezy w lozku, jest umierajacy. W pewnym momencie czuje zapach gotowanych i smazonych pierogow. I nagle czuje, ze zycie znow w niego wstapilo, czuje sie silniejszy i zdrowszy. To tylko iluzja. Ale zapach pierogow wyciaga biedaka z lozka, Powloczac nogami, z pomoca swojej laski dociera do kuchni. Raj! Jego polska zona faktycznie robi pierogi, cale misy pierogow. "Dziekuje kochanie, ze zrobilas dla mnie ostatni raz pierogi" - mowi i juz chce zlapac pierwszy z brzegu pierozek gdy slyszy: "Zostaw to, te sa na pogrzeb!"

czwartek, 1 maja 2008

1 Maja

Dzis zaczelam prace dla World Citizens Party.
Hmm, dzisiaj wiec powiem tak:
The starting point for a better world is the belief that it is possible.:)
So maybe WCP's call for the World Democratic Government is a good beginning...

środa, 30 kwietnia 2008

B jak Bardzo


B w moim zyciu to po prostu "bardzo wiele rzeczy". Przez jakis czas myslalam, ze jestem "skazana na B". Zaczawszy od tego, ze wszyscy mezczyzni, w ktorych sie zakochiwalam mieli imie lub nazwisko zaczynajace sie na B, poprzez moj pierwszy wielki zakup - dom w Baczynie kolo Suchej Beskidzkiej, cudowne spedzone chwile w Bochencu, Bukownie, no i teraz przyszlo mi mieszkac w Bostonie. Ale najwazniejsze B w moim zyciu, B z ktorego to wszystko wynika, i w ktorym to wszystko spoczywa jest B jak Bog, jak Buddyzm. I nie jest to paradoks, a jesli jest, to niech tam, niech sobie bedzie. Ten paradoks jest dla mnie bardzo wazny, najwazniejszy.
Ja i Bog mielismy dluga i ciezka droge do przebycia, zanim sie wzajemnie zaakceptowalismy. Lubilismy walczyc o pierszenstwo racji, pierszenstwo wizji i kreacji. Czasami pozwalal mi wygrywac, czasami byl nieustepliwy i doprowadzal mnie tym do szalu, bo kompletnie nie rozumialam takiej zawzietosci, nie chcialam Go sluchac. Persfadowalam jak dziecku: nie zawsze mozna miec racje, czasami trzeba wysluchac czlowieka, bo a nuz jego opcja ma cos w sobie, nie mowie, ze jest lepsza, co to, to nie, ale moze wniesc jakas nowa jakosc, w koncu czlowiek ma ta wyobraznie i wolna wole nie od parady. Wydawal sie sluchac... Czasami.
Czasami moja zawzietosc byla zadziwiajaca. Uparcie nie wierzylam. Rozmawialam z Nim, klocilam sie z Nim, pertraktowalam i bylam przekona o Jego nieistnieniu. Za kazdym razem nie wahalam sie mu Tego wypomiec: "A Ciebie po prostu nie ma, nieobecni nie maja racji". Spuszczal wtedy glowe i przytakiwal: "Jesli tak uwazasz, ok, nie ma mnie". Och jakze mi bylo w takich chwilach przyjemnie. Moj Bog bardzo mnie sluchal i zaczynalam Go lubic za ta spolegliwosc i zgodnosc. Moj ateizm byl wiec na wskrosc przesiakniety Bogiem. Bogiem zgadzajacym sie ze mna, Bogiem poslusznym, Bogiem nieobecnym.
Ale Bog i ja jestesmy zbyt blisko siebie by godzic sie na takie tymczasowe kompromisy. Troche pogadalismy, troche wzajemnie sobie poplakalismy. Poplakalismy sobie glownie nad czlowiekiem i swiatem. Tutaj wlasnie pojawil sie w moim zyciu buddyzm, ktorego konstatacje o kondycji wszechswiata i praw nim rzadzacych uznalam za jak najbardziej sluszna, a moj Bog tylko pokiwal glowa: "Tak, tak, kazdy skutek ma swoja przyczyne; zycie jest procesem, swiadomosc jest procesem, wszechswiat jest ciagle zmieniajaca sie energia". I w ten sposob w moim zyciu pojawila sie wiara. Bo moj Bog powiedzial, ze tak to wyglada i ja w to uwierzylam. Na amen. Bez cienia watpliwosci. I kiedy zrozumialam, ze dostalam cos niesamowitego- laske wiary, inaczej, jakos tak bez agresji spojrzalam na Boga. Czulam sie wdzieczna, ogromnie wdzieczna, nieskonczenie wdzieczna. I On tez. Czulam sie na miejscu. I On tez. Czulam sie pogodzona. I on tez. Pewnie. Tak na prawde nie wiem jak On sie czul, bo to nie moj biznes jest.
Ale od tamtej pory po prostu gadamy, bardziej po ludzku, tak sobie dialogujemy w najlepsze i ufam mu bardzo, najbardziej. Bardziej niz sobie. W koncu to Bog jest!