wtorek, 4 sierpnia 2009

Tropem swiatla. Latarnie morskie w Maine.

















Nie jestem smakoszem homara ni krewetek, i nie dlatego Portland czy York (Maine) wabia i uwodza. Tym razem droga do serca wiedzie przez oko i ucho – kuszaca architektura latarni morskich w polaczeniu z szaroscia skal na wybrzezu i szum oceanu.
Szlak "tropem latarni morskich w Maine", nasze fotograficzne lowy, rozpoczelismy w miejscowosci York. Dokladnie w York Village, bo Yorki sa az trzy, tuz kolo siebie: Village, Harbor i Beach. A kazdy inny. W York Village zjedlismy sniadanie – zwyczajny bagel z kawa. Dziesiecioletni chlopiec przy stoliku obok wyrazil to, co podpowiadaly moje kubki smakowe. “To najlepszy bagel jakiego w zyciu jadlem” – powiedzial. York Village oferuje plazowanie na malej, raczej bagnistej niz piaszczystej plazy i spacer po kamienistym wybrzezu.
York Beach ciagnie sie wzdluz drogi - male biale domki "z paneli", mnostwo drutow zwisajacych nad droga, drewniane slupy, budki z homarem, budki z hot-dogiem, stoiska z lodami i lemoniada, wrazenie "taniosci" i tymczasowosci. Long Sands Beach jest blotnym rajem dla tych, ktorzy chyba nie mieszcza sie w liczbowych granicach "klasy sredniej" – albo tylko sprawiaja takie wrazenie ze swoimi kolorowymi parasolami w stylu hawajsko-nijakim. Zapach oleju po frytkach i rybach, zgnily zapach wody. Ale zaraz za rogiem, tuz za zakretem, zgodnie z niepodwazalna amerykanska regula wszechobecnosci kontrastu, wylania sie Cape Neddick i pierwsza latarnia morska zwana Nubble Light. Czujemy sie jak zdobywcy – szalejemy z radosci, wdrapujemy sie na skaly, probujemy dotknac morskich balwanow stojac tuz-tuz, na krawedzi. Widzimy ja, ale nie mozemy dotknac, nie mozemy sie do niej zblizyc. Zamieramy.
Bo jest cos spektakularnego w latarniach morskich, w smuklych konstrukcjach na granicach swiatow: ladu i morza, ludzi i natury. Wystawiona na mrozny wiatr, na kawalku skaly, na malej wysepce oddalonej okolo 180 metrow od ladu wysyla swiatlo, wiadomosc o istnieniu swiata, do zblakanych zeglarzy, do morskich duchow, do pana Boga.

Ktos nam powiedzial, ze w czasie odplywu mozna tam nawet dojsc, czasami. Patrzymy na sklebione fale uderzajace dramatycznie o brzegi, konkurujace z glosnym zawodzeniem mew. Nie wierzymy - kolektywnie.

Nubble Light zbudowano w 1879 roku. Od tamtej pory jest w uzyciu, w swieceniu. Soczewka uzyta w latarni powstala w Paryzu w 1891.
Latarnia ma zaledwie 12 i pol metra wysokosci. Drugie tyle dodaja skaly. Efekt - widzialne z 20 kilemetrow czerwone blyski.
Kolory uzyte do namalowania tego obrazka: bialy, czerwony, zielony i niebiesko-szary. Czyste, wyrazne barwy. Kiedy w 1977 NASA w Voyagerze numer dwa wysylala wiadomosc do innych cywilizacji o tym cosmy my, ziemianie, stworzyli, wsrod roznych obrazkow i fotografii wyslano takze ta z Nubble Light...
Od 1807 wielu marynarzy mowilo o potrzebie wybudowania latarni. Zwlaszcza po tym jak tuz obok o skaly Bald Head Cliff rozbila sie Isidore. Ach Isidore, Isidore, Isidore - statek widmo, zaloga duchow krazy wokol skal i dzis, wabiona jak cma swiatlem ludzi, swiatlem latarni.
W koncu projekt zatwierdzono i za sume 15 tysiecy dolarow wybudowano ceglasto zelazna konstrukcja wysylajaca czerwone swiatlo.
Od poczatku na wysepce, w malym bialym domku zyje latarnik – podtrzymujacy ”ogien”. Dzis zastapiony elektrycznoscia, jakims na-ladowym przyciskiem komputerem, ktory na-ladowy nie- latarnik naciska na-ladowym kciukiem... A moze nie, moze wciaz na Nubble zyje prawdziwy latarnik. Swiadczylby o tym koszyk zawieszony pomiedzy ladem i wyspa – tak jakby kazdego dnia wysylano tam mleko i papierosy dla odludka.
Wyobrazam sobie, ze wysepka z latarnia musiala stanowic prawdziwa arkadyjska kraine dla dzieci, ktore dostapily godnosci dojrzewania w swietle. Synowie Davida Winchestera codziennie ladowali w koszyku i nadmorska kolejka przenoszeni byli na lad, do szkoly. Ktos sfotografowal dzieci w koszyku, ktos uwiecznil to na obrazku, ktory zdobyl nagrode w lokalnym konkursie artystycznym, ktoras gazeta zdjecie i obraz opublikowala i w koncu stanowczo zabroniono procederu “posiadania” dzieci - na wyspie... Ale koty byly dozwolone. Slynny stal sie 9 kilogramowy kocur codziennie przeplywajacy kanal dzielacy lad i wyspe w poszukiwaniu liczniejszego towarzystwa.
Chcialabym uslyszec historie latarnikow, samotnicze iluzje i opowiesci uslyszane w szalejacym zima wietrze.

Chcemy wiecej, wiecej tych czarow! Jedziemy do Portland by podziwiac Portland Head Light, latarnie z poematu napisanego przez Henry Wadsworth Longfellow:

" The rocky ledge runs far out into the sea
And on its outer point, some miles away,
The lighthouse lifts its massive masonry,
A pillar of fire by night, of cloud by day.
(...)
A new Prometheus, chained upon the rock,
Still grasping in his hand the fire of love,
it does not hear the cry, nor heed the shock,
but hails the mariner with words of love.(...)"

Powiadaja ze latarnia symbolizuje caly stan Maine: skaliste wybrzeze, rozbijajace sie o kamienie fale i czyste, nasycone sola powietrze.

Latarnia znajduje sie w bylym wojskowym forcie Williams (zielonosc w pagorkach, dzieci puszczajace latawca) i stoi na skraju, na rabku ostro poszarpanych glazow, niedaleko "furtki" do starego portu w Portland. Budowe rozpoczeto w 1787, zatwierdzil ja sam George Washington. Potrwala cztery lata. Powstala kamienno – murowana konstrukcja, ktorej wysokosc przez lata zmienna byla – gdy w czasie wojennych zawieruch waga swiatelka bezpiecznie prowadzacego do celu byla doceniana, wieze podwyzszano, w czasach pokoju, i rozwoju cywilizacji nadmorskiej, odejmowano jej metry. Dzisiaj Portland Head Light wznosi sie na wysokosc 24,5 metra, a jej swiatlo widziane jest 26 km od brzegu.
Latarnia i przylatarniowy domek nalezalo czesto przebudowywac i odswiezac, bo wiatr, woda i roczny zapas oleju do lampy skladowany przez latarnika, a takze gromady szczurow okupujacych wieze (od razu mysle o Popielu)– nie pomagaly utrzymywac miejsca w dobrym stanie. Poczatkowo wydane 1500 dolarow mnozylo swoje zera. No coz, swiatlo jest drogie...
Przez 59 lat latarnia byla familijna – swiatla strzegl maz, zona a pozniej syn. Joshua, Mary i Joseph Strout zakochali sie w widoku z okna. Roczna pensja latarnika w 1869 wynosila 620 dolarow...





















Joseph Strout, syn latarniczej pary mial powiedziec (w Lewiston Journal, lokalnej gazecie):"Moj ojciec byl latarnikiem, ja jestem laternikiem. Cala rodzina ma ta latarnie we krwi. Moj ojciec Joshua Freeman Strout dostal swoje imie po kapitanie Joshua Freemanie. On tez byl laternikiem, a moja babcia jako szesnastoletnia dziewczyna pracowala u kapitana. (...) Freeman zwykl trzymac w poblizu fotela, na ktorym przesiadywal zwoje lin – na wypadek gdyby jakis statek rozbil sie i trzeba bylo niesc pomoc".
Z latarnikiem Josephem mieszkala papuga – Billy. Uwielbiala muzyke i gdy tylko zblizal sie sztorm, chmury zaslanialy swiatlo latarni, zachecala Joe do "trabienia" (latarnia miala w alternatywnie do zaoferowania sygnaly dzwiekowe – najpierw wielki dzwon, ktory kiedys, spadajac, nieomal zabial Joshua, pozniej syrene dzwiekowa).
Zycie w Portland Head Light podobno nie bylo typowo latarniczo-pustelnicze. Wiele ludzi odwiedzalo i odwiedza to miejsce. Podobno, w 1950 roku, pewna dama wkroczyla do absolutnie prywatnej kuchni latarnika i zasiadwszy za stolem oczekiwala na przybycie kelnera.

Od 1989 w domku przy latarni nie mieszka juz zaden straznik ognia – latarnia zapala sie sama.

wtorek, 30 czerwca 2009

R jak radosc

W czasach niepewnosci i niestabilnosci trudno zachowac spokoj, przytomnosc wobec zasad, w ktore sie wierzy. Jakze trudno wtedy budzic sie z usmiechem zadowolenia, z akceptacja wobec tego, co "mi sie" przydaza. W czasach zametu trudno byc wiernym przykazaniu: nie bedziesz wpadal w spazmy i rozgoraczkowanie, gdy na zewnatrz twego domu szaleje burza.
W czasach zarazy szuka sie lekarstwa, dzwoni do lekarzy, wpada sie w panike, wyciaga reke do przyjaciol, pisze testament, czasami nawet planuje sie pogrzeb, bo przeciez nie sposob uciec chorobie... Jakze trudno wtedy uwierzyc, ze jest sie bezpiecznym dopoki, dopoty agregat wewnetrzy wytwarza radosc.

Przepis na radosc jest prosty, wystarczy zmieszac swiadomosc ze wspolczuciem. Tyle. Wszystko dostepne 24 godziny na dobe, siedem dni w tygodniu!

Ze drogo? Ze niewygodne w uzyciu? Prawda to – czasami ingredienty kosztowac moga fortune! Samoswiadomosc, przytomnosc i opanowanie wobec wlasnych slow, mysli i czynow w momencie interakcji z "durniem" – czlowiekiem, organizacja, zasada? Wspolczucie wobec kogos, kto posolil nasza otwarta rane? Swiadomosc nietrwalosci wszystkiego, w momencie wydawania ostatnich pieniedzy na niedzielny obiad dla rodziny? Spokoj gdy zdrada, gdy zadza pluska sie w morzu naszych uczuc? Wspolczucie dla autora "Naszej Gehenny", dzielka opaslego w niewygodne zdarzenia?
No dobrze, czasami faktycznie trudno przyrzadzic koktajl radosci, zwlaszcza w warunkach polowych, bez miksera czy shekera. No dobrze, czasami rozpacz, lub jakas jej podrobka kosztuje o wiele mniej i latwiej ja dostac.

Radosc jednakowoz jest racjonalnym wyborem konsumenckim! O tak, wbrew pozornie wysokim kosztom oplaca sie budzic codziennie z usmiechem niepowagi, warto reagowac lekkoscia zrozumienia na sytuacje stresujace, warto w zmaganiach ze Strasznie Okrutnym Swiatem miec w pogotowiu malutka flaszeczke z odrobina radosci...z istnienia, z tu i teraz.
Konsumet "powinien" zachowywac sie racjonalnie, wybierajac sposrod alternatyw to, czego zakup (koszt) przyniesie jak najwieksza korzysc. Stosunek kosztu do korzysci ma przechylac sie zawsze na strone korzysci. Teoretycznie.
Przy podejmowanej jutro rano decyzji, (o tak, taka decyzja podejmuje sie codziennie, wielokrotnie) radosc czy zmartwienie, kreacja czy entropia, swiadomosc czy niewiedza, warto wybrac to, co moze czasami troszke drozsze, moze nawet, hm, luksusowe, ale bedzie niezle sluzylo przez nastepne tysiaclecia.

Czasami zapominam, ze kiedys wydalam wszystkie oszczednosci na ten specyfik i wlasciwie mam do niego staly dostep. Czasami zapominam zazyc popoludniowej dawki i wiedne od nadmiaru toksycznych zmartwien. Cale szczescie mam lustro i ilekroc w nie spojrze, pytajac sie samej siebie: no jak tam?, widze rozesmiana twarz, czasami przez lzy, czasami jeszcze z rozplomienionym od gniewu policzkami.
Moje lustro to medytacja, "nic nie robienie", albo robienie nic w okreslonym miejscu i okreslonym czasie, zwane czasami "byciem sobie". Medytacja zdecydowanie jest najprostszym znanym mi sposobem na zmiksowanie swiadomosci i wspolczucia, na uzyskanie mikstury zwanej radoscia.
Mozna sie nawet w takiej medytacji wiercic, wcale nie trzeba nic nie myslec – to wszystko mity sprzedawane przez konkurencje!
Jesli kupowac radosc to tylko najlepszej jakosci, oryginalna radosc istnienia.

Gate Gate Para Gate Parasamgate Bodhi Svaha!

wtorek, 23 czerwca 2009

New Hampshire





Live free or die - motto stanu New Hampshire jakos atakuje swoja radykalnoscia. Nie wiem czy lubie te "goralska" nachalnosc... Uwielbiam w New Hampshire przestrzen.
Co tydzien staram sie choc przez chwile posiedziec na szczycie jakiejs gorki.

środa, 10 czerwca 2009

Radosc nieposiadania

Przeczytalam i na szybko przetlumaczylam , bo wzruszajace, naiwne, dla mnie prawdziwe...

Joy of Less, by Pico Iyer , New York Times, June 7, 2009


"Rytm mojego serca stal sie glebszy, zywszy, ale i za razem przepelniony jakims spokojem, tak jakbym przez caly ten czas przechowywala jakies wewnetrzne bogactwo. Moje zycie jest sekwencja wewnetrznych cudow". Te slowa napisala mloda holenderka Etty Hillesum w przejsciowym obozie nazistowskim w 1943 roku, na dwa miesiace przed smiercia w Oswiecimiu.
Ralph Waldo Emerson, doswiadczywszy w wieku lat 7 smierci ojca, w wieku dwudziestu lat utraciwszy zone i pierworodnego syna, pod koniec swego zycia pelen wiary pisal: "Wszystko co widzilem uczy mnie ufac tworcy w zakresie rzeczy, ktorych nigdy nie ogladalem".
Zycie Issy -japonskiego poety z konca XVIII wieku, znanego ze slow przepelnionych niemal dzieciecym euforycznym zachwytem nad swiatem, "bogate" bylo w nieszczescia – czworka dzieci umarla w wieku niemowlecym, zona odeszla z tego swiata przy kolejnym porodzie, jego cialo w czesci zostalo sparalizowane.
Majac 29 lat pewnie nie znalem tych wszystkich szczegolow z zycia powyzszych bohaterow, ale wlasnie wtedy zaczelem sie domyslec, ze szczescie w bardzo malym zakresie zalezy od zewnetrznych okolicznosci, a w wiekszej mierze od naszych wlasnych wysilkow. "W rzeczy samej nic nie jest dobre ani zle samo przez sie. Tylko mysl nasza czyni to i owo takimi" - przypominaly mi sie slowa Hamleta.
Mialem szczescie, zylem zyciem, o ktorym jako chlopiec moglem tylko pomarzyc: pisanie o wydarzeniach swiatowych do magazynu Time, mieszkanie na Park Avenue, wystarczajaco duzo pieniedzy i czasu, by wakacje spedzac w Birmie, w Maroko, w Salwadorze. Kiedy jednak zdarzalo mi sie przebywac w tych rejonach swiata, zmagajacych sie z roznorakimi problemami, czesto zanurzonych w jakims militarnym konflikcie, wydawalo mi sie, ze ludzie stamtad sa pelni optymizmu i energii, w porownaniu do moich przyjaciol ze spokojnego Santa Barbara, codziennie odwiedzajacych swojego terapeute, w czwartym z kolei zwiazku malzenskim... Chociaz wiedzialem, ze przepustka do szczescia nie jest ubostwo, bylem rowniez przekonany, ze na pewno nie mozna go kupic za pieniadze.

Dlatego tez, w malo oryginalnym, post-hippisowskim akcie – opuscilem swoja wygodna posadke, aby przez rok zyc w swiatyni na przedmiesciach Kyoto. W swoim szlachetnym zamiarze wytrwalem tydzien. W tym krotkim czasie zorientowalem sie, ze oczekiwane przeze mnie niezmierzone glebie odkrywane w kontemplacji ksiezyca lub komponowaniu haiku, sprowadzaja sie w zyciu swiatyni do sprzatania, zamiatania i znowu sprzatania. Dzisiaj, po ponad 21 latach wciaz zyje w poblizu Kyoto, w dwupokojowym, i w porownaniu do mnisiej celi, luksusowym mieszkaniu. Nie mam roweru, samochodu, telewizji, ktorej programy moglbym zrozumiec, zadnych innych srodkow przekazu. Dni ciagna sie w nieskonczonosc. A jednak nic mi nie brakuje.

Nie jestem buddyjskim mnichem, nie sprawia mi jakiejs szczegolnej przyjemnosci wyrzekanie sie siebie, podrozowanie przez godzine lub dluzej by wydrukowac tekst, ktory wlasnie napisalem. Nie jestem szczegolnie zadowolony z faktu, ze wlasnie ominely mnie finaly ligi NBA.
Ale, w pewnym momencie, doszedlem do wniosku, ze przynajmniej dla mnie, szczescie nie wyrastalo z rzeczy, ktorych pragnalem lub potrzebowalem, ani z moich dokonan. I naprawde wartalo zastanowic sie gruntowanie, co tak naprawde prowadzi do spokoju umyslu – najblizszej dla mnie, jak dotad, definicji szczescia. Nie posiadanie samochodu to brak klopotu, o ktorym trzeba byloby codziennie myslec i moze nawet martwic sie, to codzienna przygoda spaceru po okolicy. Nieposiadanie telefonu komorkowego i szybkiego lacza internetowego wynagradza mnie czasem na gre w ping-ponga, zakupy dla ukochanej i pisanie dlugich listow do starych przyjaciol ( albo na poszukiwanie starych zabawek dzieci, ktore teraz dorosly i wyfrunely z gniazda).

Kiedy raz w tygodniu dzwoni telefon jestem tak podekscytowany, jakbym nigdy nie pracowal w gesto zaludnionym biurze w Rockefeller Center. Kiedy raz na trzy miesiace odwiedzam Stany Zjednoczone i rzucam sie na gazete, okazuje sie, ze wcale nie ominelo mnie tak wiele.
Podczas gdy ja po raz kolejny czytam Wodehouse'a albo Thoreau"a "Walden, czyli zycie w lesie" dwudziestocztero-godzinna karuzela naplywajacych ciagle wiadomosci wciaga ludzi, by pod koniec dnia zostawic ich dokladnie w tym samym miejscu, w ktorym ich zastala. W "Portrecie damy" Henrego James'a Ralp Touchett mowi: " Czlowieka, ktory zaspakaja wymagania swojej wlasnej wyobrazni nazywam szczesliwym". Dla mnie zycie w czasie przyszlym nigdy nie bylo szczesciem.

Z pewnoscia nie polecalbym wszystkim swojego modelu zycia, nie polecalalbym go wiekszosci ludzi i naprawde wspolczuje tym, ktorzy ostatnio doswiadczyli przeklenstwa ograniczenia potrzeb, niedostatku, ktorego nigdy nie poszukliwali i nigdy nie pragneli.
Ale po prostu wydaje mi sie, ze zewnetrzne dobra i osiagniecia nie moga naprawde uczynic nas wewnetrznie szczesliwymi. Milionerzy, ktorych znam, pragna zostac multimilionerami i spedzaja wiecej czasu z prawnikami i bankierami, niz z przyjaciolmi (Czy w ogole maja prawdziwych przyjaciol?). Sam pamietam, ze w czasach mojej pracy korporacyjnej, wiedzialem, ze zawsze mam przed soba nastepna, wyzsza pozycje do zdobycia, mozliwosc awansu. Jak w paradoksie Zenona, moglem byc pewien, ze nigdy nie osiagne mety, zawsze pozostanie nienasycenie, niespelnienie.

Nie posiadanie stalego etatu niewatpliwie jest bardziej ryzykowne, zwlaszcza dzisiaj, zwlaszcza gdy jako narzedzie zarobkowania wybralo sie slowa, ktore staja sie coraz czesciej tylko dodatkami do obrazow. Jak wiekszosc moich znajomych w ciagu ostatnich kilku miesiecy stracilem niemal calosc zgromadzonych oszczednosci. Moja garderoba zostala znacznie uproszczona za sprawa pozaru, ktory przed paroma laty spalil doszczetnie dom w Santa Barbara, zostawiajac mnie ze szczoteczka do zebow zakupiona w nocy w sklepie calodobowym. Dzisiaj moje dwupokojowe mieszkanie w japonskim "szczerym polu" jest nawet bardziej puste niz szczatki domu, ktory sie spalil. Mam za to czas, na czytanie John le Carre, wylegujac sie na sloncu i zagryzajac slodkie mandarynki. Kiedy na rynku pojawia sie nowy album Sigur Ros muzyka rozswietla moje dnie i noce. I wyglada na to, ze szczescie, jak spokoj i pasja przychodza naturalnie, kiedy sie ich nie poszukuje.

Jesli jestes osoba, ktora przedklada wolnosc nad bezpieczenstwo, ktorej calkiem wygodnie w malym pokoju, ktorej pragnienia nie wykraczaja ponad zwykle potrzeby, to moze bieganie w miejscu i krecenie sie w kolko nie jest dla ciebie.

W Nowym Yorku jakas czesc mnie zawsze byla "gdzies indziej", czesc mnie wyrywala sie, aby sprawdzic, jak tez moze wygladac zycie w Japoni. Teraz, kiedy tu jestem wcale nie wracam do Rockefeller Center czy na Park Avenue.

wtorek, 9 czerwca 2009

Sandomierz - najsoczystsze miasto swiata



Tesknie ...

Niedawno na zajeciach z literatury czytalismy wiersze imigrantow. W heterogenicznym tlumie kobiet i mezczyzn z najodleglejszych zakatkow swiata zostalam zapytana o moja ojczyzne. Bez zastanowienia odpowiedzialam: Sandomierz. Wszyscy popatrzyli na mnie lekko zdumieni: gdzie jest panstwo o nazwie – Sandomierz? Usmiechnelam sie. “Sandomierz nie jest panstwem, to male miasteczko, a dla mnie cala kraina”.
Sandomierz jest jak drzewo, zywy organizm wrosniety w polskosc. Jest jak zabytek przyrody – lekko juz sfatygowany, lata mlodosci majacy za soba, obrosniety mchem, tu i owdzie mozna znalezc slady walki z grzybem lub innym szkodnikiem. Czas pozostawil swoje pieczecie. Ciagle jednak mozna schronic sie w jego cieniu, zapominajac o calym swiecie, zastygajac w martwej popoludniowej godzinie, w bezczasowej prozni wytwarzanej tylko w tym miejscu swiata.
Sandomierz ma swoje korzenie. Pachna starymi murami, wilgocia, kurzem, ziemia. To caly podziemny swiat tego miasteczka. To labirynty piwnic, podziemne szlaki przeszlosci, w ktorych kupcy przechowywali swoje dobra – wina, miesa, owoce okolicznych pol i sadow, takze to co przyniosla rzeka, karmiaca Sandomierz swoimi wodami. Zawsze kiedy jestem w moim miasteczku z kims z zewnatrz, prowadze go do podziemi i opowiadam ta straszliwa historie o dziewczynie co to zdecydowala sie na smierc by ocalic miasto, zawsze opowiadam o Halinie Krepiance. Nie wiem ile jest w Polsce mitow, ktore to wlasnie kobiete obsadzaja w roli glownej.
Jako drzewo stare i historyczne Sandomierz przeszedl wiele oblezen, widzial krew
i kurz bitew. Probowano go zniszczyc, wykorzenic, podciac, porabac na kawalki. Jego korzenie to ziemia, w ktorej mozna znalezc kosci wrogow i mieszkancow, kawalki broni, a takze dukaty, srebniki i grosze, dla ktorych te wszystkie walki sie toczyly. Zanurzajac sie w zarosla na Pimpolimpo, kiedy bylam stworkiem niewiele wyzszym od stolu, z lopatka i dziecinnym wiaderkiem, kopalam marzac o karierze archeologa w mojej sandomierskiej ziemi, odkrywajac historie. Kazda wyprawa byla lekcja pogladowa i kiedy wracalam do domu rzucalam sie na ksiazki, prosilam rodzicow zeby opowiedzieli mi jeszcze raz historie o wole co to rogami wyryl napis Salve Regina, o drzewach co to swieta reka posadzila, aby korzenie nieba siegaly.
Historie czynily z mojego miasteczka ekspolarycyjny raj pelny tajemnic i zagadek. Kopiec Salve Regina, Piszczela, liczne wawozy, niedalekie Pieprzowki – coz moze byc lepszego dla dojrzewajacej wyobrazni. Dziekuje Najwyzszemu za dziecinstwo spedzone pod korona tego drzewa, dziekuje za sandomierska wyobraznie.
A potem masz pien – Stare Miasto. Kamieniczki ciagnace sie w zawijasach i zakretach pod gore i na dol, krzywy Ratusz, Brama Opatowska jako dowod tysiaca przezytych lat, stojaca w tym samym miejscu, koscioly i ich wieze, wieze i ich koscioly. Pien Sandomierza jest wyjatkowy, czyni miasteczko niepowtarzalnym. Zawsze kiedy zblizalam sie do niewielkiego wzgorza i znad rzeki widzialam Collegium Gostomianum, Katedre, Dom Dlugosza i palete malutkich domkow, lzy spadaly na miasto z moich oczow i pojawiala sie pewnosc – tak , to najpiekniejsze, najmniejsze miejsce na swiecie.
Pien ma tyle lat co miasto, troszke sie zmienil, troszke przebudowal, dumnie eksponuje swoja starosc. Nie mozna go minac bez uczuc, nie mozna nie pokochac cienistych, brukowanych uliczek, nie mozna nie dostrzec harmonii wzgorza katedralnego, nie mozna nie poczuc zapachu wiekow w okolicach kosciola sw. Jakuba. Pien Sandomierza, jego oficjalny wyglad, turystyczne oblicze wydaje sie byc swiadomy swojego uroku. Uwodzi fotograficznym pieknem. Dla mnie Stare Miasto to spacer z rodzicami, to godziny spedzone w bliskosci katedry, to czas, kiedy uczylam sie swiata. Stare Miasto nauczylo mnie opowiadac i sluchac historii, nauczylo mnie patrzec i widziec.
A jesli zna sie kazdy skrot, a jesli zna sie kazdy plot i krzak – o radosci odkrywcy, podroznika, wedrowca!
Korona tego miasta sa drzewa. Sandomierz jest zanurzony w zielonosci. Okoliczne sady i ogrody, park, Piszczela, Pieprzowki, wawozy tworza peleryne izolujaca to miejsce od reszty swiata. Dla mnie ta zielonosc to nie tylko arkadia dziecinnych wypraw w cienistosc popoludni i w tajemniczosc historii ale takze slodycz moreli. Nie wiem dlaczego morela z Sandomierza jest wyjatkowa, nie wiem dlaczego jej smak jest istota wszelkiej morelowosci…Sandomierz dla mnie ma kolor morelowy.
W plataninie drzew, w slodkiej zawiesinie owocowych zapachow, gdzies, wewnatrz kwitnienia mieszkaja ludzie – owoce.
Jestem szczesliwym owocem tego drzewa. Jestem z Sandomierza.


Sandomierzanin nr 8/2008

poniedziałek, 18 maja 2009

Alfabetu wewnetrznego ciag dalszy.


Sposrod wszystkich niezwykle waznych pojec, zaczynajacych sie na litere p, wybralabym kiedys prawde. Bo choc "piekno" czaruje, "przyjazn" niezbedna, "pieniadze" zaprzataja czasami glowe w nadmiarze, "pokory" wciaz nauczyc sie nie moge, a "papierosy" – ech, szkoda gadac, to "prawda" zawsze swiecila na firmamencie jako imperatyw, zasada, horyzont wewnetrznego rozwoju. I to nie jakas tam "relatywna", spleciona z paplatanych watkow, ktore nijak nie moga wspoltworzyc jednej i jedynej osnowy, nie kakofoniczna prawda mojego doswiadczenia, nie taka, co okreslana jest jako "zgodnosc", pomiedzy podobnym a podobnym, albo teza i antyteza – zadnych wielosci nie tolerowalam w tym aspekcie. Na zasadzie wybierania tego, czego sie nie ma, do czego sie teskni, czego sie pozada, jako zdefiniowany (przez innych) i zadeklarowany (przez siebie) klamca, wybralabym prawde radykalna. I zdolna bylam nawet bronic tej idei wobec posmodernistycznych zwolennikow liczby mnogiej. Bylam dowodem na to, ze radykalizm pojeciowy prowadzi do paplatania praktyki z teoria.
Stopniowo w trakcie przezywania swojego zycia zdecydowalam sie zastapic rzeczownik czasownikiem – prawde - koncepcja "uprawdzania", "prawdzenia sie"; procesualnosc wygrala.
Dlatego dzisiaj, przy literze p, nie wybieram prawdy!
Podazam, nie jestem.
Probuje, nie osiagam.
Otwieram drzwi, chce zobaczyc Przestrzen!
Przestrzen jest "miejscem" podrozy.

Okragly jak ptys i czerwony ze wstydu ksiezyc majowy, ktory zagladal w moje okno w niecnych pewnie zamiarach, pomogl odkryc przestrzen wewnetrzna. Wtedy, w maju, ukradl mi sny. Lezalam spuchnieta od wydarzen codziennych, ktore tylko sen mogl rozproszyc, rozwodnic, zamienic w przeszlosc. Lezalam wypelniona po brzegi namietnoscami, rozterkami, niezrozumieniem. Lezalam napompowana brakiem. Ksiezyc zaproponowal zabawe: skoro juz nie mozesz spac, ha ha ha, zrob cos z soba – rusz sie, ruch jest zdrowy, w zrowym ciele zdrowy duch, przebiegnij sie troche. Podrozuj w nieskonczonosc swojego ciala, w niekonczace sie continnum przestrzeni wewnetrzej, w pustke trwalosci, w ciaglosc stawania sie, w swiadomosciowy kosmos wszystkiego we wszystkim.
I tak to sie zaczelo. Tak zwariowalam. Od niespania. Od zawrotnej przestrzeni.
Przekroczylam granice, ktorych nota bene nie bylo, zanurzylam nogi w koncu swiata, i juz nie chcialo mi sie wracac.
Lubie doswiadczac przestrzeni: nad oceanem, nad morzem, na szytach gor. Jakis czas temu mialam przyjemnosc latania na paralotni. Nad gorami. To dopiero jest odkrycie przestrzeni. Wiatr silniejszy niz myslisz, prawdziwy zywiol. I o dziwo wrazenie spokoju, bezpieczenstwa.
Pomyslalam,ze powinnam zostac pilotem samolotu. Albo aniolem.

piątek, 24 kwietnia 2009

Osoba czy Odpowiedzialnosc

Najwiecej problemow przysparzaja mi wszelkie oceny i oszacowania. Budowanie systemu wartosci nie jest zajeciem prostym. Na razie mam sporo mentalnego chaosu, zachwycajacego spojnoscia w praktyce. Chaos, bo funty i kilogrami mi sie pomieszaly, mile i kilometry wciaz sie nie przeliczaja, bo godziny tu i tam jakos nie moga sie zsynchronizowac. Poprzez zamieszakanie w obcym kraju, poprzez dodatkowy, ponadobowiazkowy ciezar doswiadczen, system mi sie rozszerzyl i pierwotnie przetasowal. Nie jestem wiec pewna co jest wazniejsze – Osoba czy Odpowiedzialnosc, Podmiot czy Dzialanie, Istota czy Istnienie?
W Ameryce panuje kult Osoby, Osobowosci. Wiarzy sie tutaj nie tyle w wolnosc, nie tyle w wybor jako dzialanie, co w jednostke ( w strong personality), ktora tego wyboru dokonuje. Ameryka kocha Osobowosci. Najlepiej sprzedajacymi sie ksiazkami sa ksiazki o Bohaterach, co byli na dnie, a potem sie wybili zwyciezyli, osiagneli. Najpopularniejszymi programami w telewizji sa te, przedstawiajace Osobowosci Popularne (celebrities), i kompletnie niewaznym jest, co te osoby robia, co mowie, jak postepuje. Liczy sie sama Osobowosc. Politykow nie wybiera sie dla idei, do pracy zatrudnia sie osoby, a nie osiagniecia, gazety zapelnione sa twarzami, cialami bez kontekstu dzialania, wydarzenia – wydarzeniem jest ilosc kilogramow, nos, nowe cycki – osoba sama w sobie. Szczerze mowiac troche mnie to zaskakuje. Zawsze kojarzylam Stany z wolnoscia, a wiec dzialaniem. Zawsze kojarzylam wolnosc z odpowiedzialnoscia, wierzylam w schemat: wolny wybor (wolnosc) – odpowiedz, konsekwencja (odpowiedzialnosc). Wierzylam, ze wolnosc jest dialogiem czynow i konsekwencji. Tymczasem odpowiedzialnosc traktuje sie tutaj jak chorobe. Wymysla sie mnostwo sposobow iluzyjnie nihililujacych konsekwencje. Kup – nie musisz nam placic (przez nastepny rok), zawrzyj nowe znajomosci – nie musisz wcale oddzwonic, spotkac sie ponownie, jedz przed siebie – nie musisz wracac, zjedz - to zdrowe, nie utyjesz. O wolnosci mowi sie duzo, zapisano ja nawet w Konstytucji, ale to Wolnosc Osobista, wolnosc, ktora stala sie epitetem osoby, wolnosc okreslajaca. Jakos ne moge dojrzec dynamiki w amerykanskiej wolnosci. Moze zatem wolnosc jest europejska? To w Europie krytyjuje sie za czyny, za brak etycznej odpowiedzilanosci, za niezrobienie czegos, za brak reakcji. W Europie mowi sie o wolnosci w kategoriach odpowiedzialnosci, w kategoriach zdarzania sie, dialogu.
Nie wiem co postawic na piedestale, od czego zaczac etyke – od Osoby, jej potrzeb, jej istoty (czarnej, bialej, polskiej), czy od Odpowiedzialnosci – dzialania, odpowiedzi, dialogu zdarzajacego sie miedzy ludzmi, Bogiem. Czego mam sie trzymac - istoty czy istnienia?
Dobrze, ze takich wyborow dokonuje sie podswiadomie, w mgnieniu oka, intuicyjnie. Fajnie, ze sobie moge pomajstrowac z pojeciami bez zadnych konsekwencji. Hmm, bez odpowiedzialnosci?

środa, 25 marca 2009

Bauman w Wyborczej: Koniec orgii

http://wyborcza.pl/1,75480,6251875,Bauman__koniec_orgii.html

Przeczytalam jednym tchem. Generalnie jest o kryzysie, o koncu ( a moze zmianie) pewnego etapu konsumpcjonizmu. A oprocz tego taki kwiatek:

"Może się więc okazać, że warto się do czegoś przywiązać, mieć coś stałego.

- Tu o coś więcej chodzi.

Moim zdaniem nowością, do której się trzeba będzie przyzwyczaić, będzie odkrycie na nowo wartości trwania.

W ostatnich latach imperatywem było pozbywanie się starego, żeby nabyć coś nowego. Po co ja mam się z czymś czy kimś wiązać, skoro codziennie pojawiają się lepsze komórki, lepsze komputery, młodsze i lepiej ubrane kobiety? Po co ślubować wierność i wiązać sobie ręce?

Główną zasadą było: nie zamykać żadnych opcji. Zawsze zostawiać furtkę, żeby się można było wycofać. Żeby nic nie było raz na zawsze.

Od tego trzeba się będzie odzwyczaić. Od życia, które było ciągiem pozbywania się. I przyzwyczaić do życia, które znowu, jak niegdyś, było gromadzeniem i troską o to, co nagromadzone."

Az mi sie chce dodac: a nie mowilam! Przeciez trabie o tym od dawna!

wtorek, 24 marca 2009

Naturalia - uniwersalne marzenia ludzkosci.


Naturalia - to ponad religijne, narodowosciowe, ponad partykularne marzenia, elementy naszej wspolnej ludzkiej wyobrazni. Zamieszkuja sny, serca, w sposob naturalny stanowia temat 70 do 80 % wytworow sztuki tworzonych przez czlowieka. Naturalia, chcac nie chcac, sa. Dla jednych ich istnienie nie wymaga dowodu, jest intuicyjne, dla innych jako utopie wewnetrzne posiadaja istnienie intencjonalne, nikt nie wazy sie stwierdzic, ze naturalia sa obiektywne, niezalezne, realne... A szkoda, szkoda. To mogloby wiele wyjasnic.
Wsrod naturaliow dwa chyba najbardziej popularne, nosza nazwy: "american dream", zwany takze "wlasna legenda" oraz "przeznaczenie".
Wlasna legenda, czy american dream to naturalium istoty. Jest to przekonanie, ze kazdy, bedac wolnym obywatelem moze osiagnac to, czego pragnie, moze osiagnac "spelnienie". Naturalium to glosi wiec, ze z istoty swej czlowiek jest zdolny do osiagniecia szczescia, spelnienie, raju, czego-tylko-dusza-zapragnie. Uwodzicielska ta idea glosi - zycie to droga, podroz do osiagniecia pelni swoich mozliwosci, do zamieszkania w krainie spelnionych marzen. To przekonanie, ze wystarczy mocno czegos chciec, aby caly wszechswiat pomagal w osiagnieciu pragnien. Podazaj swoja droga, dzialaj zgodnie z tym, co podpowiada ci serce, podejmuj ryzyko, nie boj sie, nie lekaj sie, nie rezygnuj, trwaj w dazeniu... Huzia, hola, do przodu, hej!
Slowem, warto wybrac droge pod gorke, by dostac sie na wyzyny spelnienia i osiagnac Upragnione.

I kiedy czlowiek, zanurzony w swoim fotelu, kanapie, czyta lub oglada kolejna wersje tej opowiesci nie sposob nie uronic lzy, podjac decyzji typu: "w droge, ja tez dam rade", lub wkurzyc sie na media i caly swiat, ze zajmuja czlowieka takiemi truciznami, ze to jakas religijna sprosnosc i balamoctwo.

Naturalium zwane "przeznaczeniem" jest oczywiscie naturalium celu. Chodzi w nim generalnie o to, ze moze i posiady wolna wole, moze i dokonujemy wyborow, ktorych konsekwencje ponosimy co i rusz to, ale przeznaczenie (cokolwiek to jest) wie swoje i wobec niego, za przeproszeniem, "gowno" mozna. Krotko mowiac, nawet jak wolno wybieramy, to tylko dlatego, ze tak mialo byc. Czesto opisujemy swoje wolne dzialania etykietka: nic nie moglam/moglem na to poradzic. (Determinizm jest druga natura czlowieka , o dziwo!) By sie zbytnio nie kaleczyc w zyciu, nie obijac niepotrzebnie, nie cierpiec zbytnio, warto nauczyc sie czytac Znaki (zacheta do ksztalcenia zawsze godna pochwaly). Przeznaczenie bowiem jest nie tylko pismienne, ale generalnie bardzo artystyczne nastawione i lubi ekspresje we wszelkiej postaci. Jak sie troche czlowiek wyksztaci to moze zaczac podazac za Znakami, ktore zostawia przeznaczenie. Latwiej sie mu wtedy zyje, bo nie rozprasza sie na wszystkie strony, tylko spokojnie (lub nie spokojnie, zalezy od mowy przeznaczenia) podaza...."wlasna legenda"! W koncu osiaga sie status quo z rzeczywistoscia, szczytuje, zalicz punkt w grze i idzie dalej lub umiera.

Wciaz zaskakuje mnie fakt popularnosci tych dwoch "wewnetrznych marzen". Kolejny film, ksiazka, artykul o tym samym - droga, trud, spelnienie - bo tak chce swiat, bo tak mowi przeznaczenie, bo tak powiada twoja wlasna "legenda". O jakiez to wszystko, kurwa, proste. Naturalia porzadkuja marzenia - panowie po prawej, panie po lewej. Dla panow - wlasna legenda, dla dam - po prostu przeznaczenie.