Wczoraj bylam na pobrzebie Jima Colta. Widzialam go tylko raz, w dniu mojego slubu. Wnuczek Jima, po jego smierci mial tylko jedno pytanie: czy w niebie jest Naushon i czy pan Bog wie, ze dziadkowi tam bedzie najlepiej.
Naushon. Jeszcze tam nie bylam. Wszyscy wczoraj pytali mnie jak mi sie podoba Naushon, czy bylam juz na Naushon, kiedy w tym roku bedziemy w Naushon, i w ktorym domu.
Nie chce sobie tworzyc zadnych wyobrazen na temat tej wyspy. Niedlugo ja zobacze.
A historia jest taka.
Dawno temu pewien szkot - John Murray Forbes, zdecydowal sie rozwinac swoj bizness w Ameryce. Zarobil gore pieniedzy na handlu z Chinami: import-eksport (glownie opium). Pewnego razu z przyjacielem dostali sie na mala wyspe niedaleko Cape Cod, jedna z wysp zwanych Wyspami Krolowej Elzbiety. Jak zobaczyl Naushon tak sie zakochal. Przypomniala mu sie jego ojczyzna - Szkocja. I kupil Naushon. Inni powiadaja,ze wygral w karty... W kazdym razie od konca 18 wieku Naushon stalo sie siedziba Forbsow. Po smierci praprzodka "wladze" na wyspie przejela rodzina. Utworzono fundusz, ktory po dzien dzisiejszy zarzadza wyspa, decydujac o jej przyszlosci. Jest to rodzaj wlasnosci nalezacej do calej rodziny Forbsow. W dniu mojego slubu stalam sie czlonkiem klanu. Na wyspie jest wielkie drzewo geneologicznego z imionami i nazwiskami wszystkich nalezacych do rodziny. W te wakacje zawisne na drzewie.
Nashoun nie posiada drog, mozna sie tam dostac promem z Wood Hole na Cape Cod. Przez ostatnie 100 lat rodzina prowadzila ozywiona dyskusje czy zgodzic sie na podlaczenie produ. W koncu osiagnieto kompromis. 35 domow posiada juz zdobycz cywilizacyjna w postaci elektryfikacji. Ale nadal nie ma zgody na to, zeby uzywac samochodow. I nie bedzie.
Naushon ma kilka plaz. W zasadzie wyspa jest wlasnoscia rodziny, tzn. jest prywatna, ale udostepniono jedna z plaz dla tych, ktorzy chca przyplynac i zakosztowac Amerykanskiej Szkocji.
Naushon dla rodziny jest jak Mekka.
O poranku wszyscy, w szlafrokach, ze snem we wlosach schodza do przystani zobaczyc czy ktos nowy przyplynal, odebrac poranne gazety i poczte. W ogromnej kuchni nastepnie nastepuje sniadanie. Nastepuje - bo jest to rodzaj rodzinnego obrzadku. Ta rodzina naprawde jest duza! A potem kazdy wyrusza w swoja strone. Czesc jezdzi konno, czesc smazy sie na plazy, ktos gra w polo, ktos gra w golfa. W tamtym roku w przystani gdzie uwielbia sie kompac moja tesciowa widziano rekina.
Naushon jest pamiecia tej rodziny, czczona, uwielbiana, zywa.
Kiedy pierwszy raz spotkalam sie ze swoja przyszla rodzina, okreslili mnie nastepujaco: "she is very Naushon". Cokolwiek to znaczy, zobacze Naushon juz niedlugo.
piątek, 13 czerwca 2008
wtorek, 10 czerwca 2008
Ego
Chcialam nie byc metafizyczna i abstrakcyjna, chcialam pisac tylko o rzeczach, ktore mozna dotknac. Jednakowoz nie da sie, po prostu nie da sie w przypadku "e" nie pisac o ego. Samo sie prosi, przyciaga moja uwage, gdzie nie spojrze, o czym nie pomysle, w koncu docieram do tego samego punktu - do ego. Ego nie ma dobrej prasy. Wszyscy mowia - pracuj nad swoim ego, powinnas zrobic cos ze swoim ego, alez ty masz ego, ego powinno zostac zniszczone. Zadziwiajacy byl zawsze dla mnie fakt, ze obcy ludzie wiedzieli o moim ego wiecej niz ja sama. Czesto wiec wolalam ego, zaklinam zeby sie w koncu ujawnilo, zeby sie pokazalo, chcialabym sobie z nim troche porozmawiac o zyciu, w koncu tylesmy razem przeszli, a tu nic. Cisza. Wywieszalam ogloszenia na plotach, rozpytywalam znajomych, czytalam nawet ksiazki podrozniczo-turystyczne, ba fizyczne i chemiczne - wszystko po to, by sie w koncu spotkac z ego, moim przeklenstwem, podobno. Bo ego generalnie jest nie lubiane w srodowisku, w kazdym srodowisku, a w moim wyjatkowo - jestem przeciez buddystka i cwicze aikido. Ani jednego, ani drugiego nie da sie doprowadzic do perfekcji z ego na karku. No nic, zacisnelam zeby i dalej szukalam. W koncu mialam wrazenia, prawie pewnosc, ze go dopadlam. Ego siedzialo wygodnie roplaszczone na kanapie i patrzylo w ekran telewizyjny, przeskakujac co chwile z kanalu na kanal. A tu cie mam - pomyslalam. I odetchnelam z ulga. No bo jesli moja przeszkoda w byciu niemal doskonala jest ten opasly osobnik po prostu ogladajacy wszystko z pozycji wewnterznej - to nie ma co sie az tak nad faktem jego istnienia roztrwoniac. Jako ogladacz jest kompletnie nieszkodliwy. Ale powiedziano mi, ze ogladacz to inna bajka i zebym nie myslala, ze to ego. No to szukalam dalej, coraz bardziej zatrwozona faktem, ze mam problemy z taka prosta czynnoscia jak znalezienie wlasnego ego. Mowilam sobie - jakze ty chcesz oswiecenie osiagac, jekze ty chcesz doskonalic sie w sztuce wymagajacej opanowania i pelnej samoswiadomosci, jak nie mozesz nawet swojego glupiego, za przeproszeniem, ego znalezc. Szukalam dalej. Pewnego dnia w trakcie jakiejs klotni, czy powiedzmy ostrej dyskusji z kims, wydawalo mi sie ze je widze, ze widze cien ego. Wyruszylam w poscig, z usmiechem, bliska sukcesu. Po wielodniowej gonitwie, ledwo zipiac z wycienczenia dopadlam je. Kon by sie usmial. To, co bralam za swoje ego bylo moja pamiecia, ze wszystkimi bajkami, marzeniami, przekonanimi moich rodzicow, babek, moja pamiecia lingwistyczna, moim dziecinstwem i mlodoscia, itd. Biedny twor zyciowych perypetii. Czysty swir. Nie mozna byc normalnym pamietajac to wszystko, w pewnym momencie ulega sie poplataniu w gmatwaninie faktow, zdarzen i marzen. Jesli to jest moje ego - pomyslalam, to samo sie zniszczy predzej czy pozniej, bo juz w tym momencie wyglada na mocno nadszarpniete zyciem. Zostawilam wymoczka w spokoju, bo zal mi sie go zrobilo. Niemal go zaszczulam w tej pogoni. Ciezki oddech czulam na plecach odchodzac. Nie wiem po co ludziom zawraca sie w glowie teoriami o zwlaczaniu ego. Jesli ego kazdego czlowieka jest takim "stworzeniem"- fatamorgana, zlepkiem przeszlosci, marzen, pragnien, a przede wszytskim strachu, strachu i jeszcze raz strachu, to walka z tym czyms jest bezsensownym wydatkiem energetycznym. Lepiej isc w gory, poplywac, pospacerowac nad brzegiem morza lub przytulic sie do kochanej osoby. Strach ma wielkie oczy. Poswiecanie czasu na walke z ego wydaje mi sie marnotrastwem. Nawet jesli sie je znajdzie, ukryte gdzies w ciemnej piwnicy, ego bedzie sie po prostu balo i zatrwozone smiertelnie nie odezwie sie nawet. Wystarczy bac sie troche mniej niz wlasne ego, a juz mozna mowic o zyciestwie nad nim. Troche mniej sie bac.
Ja tam polubilam mojego tchorza, czasem rozmawiamy. Probuje przekonac moje ego, ze zycie nie jest ograniczone do mnie lub do niego, ze zycie jest wszedzie. Pokazuje mu piekno tego swiata liczac na to, ze chociaz na chwile przestanie myslec trwozliwie o swoim koncu.
poniedziałek, 2 czerwca 2008
Incredibles versus Spiderman
W weekend obejrzalam dwa "arcydziela" kina amerykanskiego: The Incredibles i The Spiderman. Wiem, wiem, nie jestem pierwsza. Mozna wrecz powiedziec, ze sa to dziela mocno odgrzewane, ba, wrecz prehistoryczne. Nigdy jakos mnie nie pociagal sen o nadprzyrodzonej mocy, nie zachwycali super bohaterzy, normalne zycie uwazalam za najwyzszej klasy survival. Dlatego filmy o nad-ludzkich bohaterach, nad-ludzkich katastrofach i przygodach nie z tego swiata, nigdy nie zajmowaly miejsca w mojej wyobrazni. Postanowilam jednakowoz zapoznac sie z ikonami kultury, w ktorej zyje. Superheros jest czescia zbiorowej wyobrazni tego narodu. Pojawil sie w latach 30. Stworzony przez potomkow Narodu Wybranego ( pierwsze komiksy z Supermenem to dzielo tandemu Siegel & Shuster). Przez wiele dekad ten nadczlowiek, na co dzien Clark Kent, ratowal ludzi z opresji przez nich samych tworzonych. Walczyl w imie dobra i sprawiedliwosci, stawal po stronie przesladowanych i ubogich, zawsze byl takze politycznie poprawny. Najwazniejszy jest jednak dla mnie zrab tej historii, podstawa dla wszystkich pozniejszych herosow: zwyczajny, tak na prawde niezwyczajny bohater, stawia czolo zlu tego swiata, wygrywa, ale nie bez uszczerbku. Jego osobowosc jest mieszanka czlowieczenstwa i nadczlowieczenstwa odzielonnych przebraniem, kostiumem, maska. Supermen musi miec swoj stroj zeby dokonac dziela, stroj przeistacza go w bohatera o nadludzkiej sile. Moralnie superhero jest poukladany - miewa momenty zalamania, ale generalnie wie co dobre, a co zle. Jego swiat jest czarno-bialy, cudownie pozbawiony szarosci normalnej rzeczywistosci aksjologicznej. Jego zycie osobiste jest nie poukladane - bohater rezygnuje z milosci, zdajac sobie sprawe z konsekwencji swego zaangazowania w jakakolwiek relacje, jego super arcy sila jest przeszkoda w tworzeniu normalnego rodzinnego zycia. Bohater ma za soba ciezkie przejscia osobiste, jakas tragedia kryje sie w jego przeszlosci. Ludzkosc, ktorej sluzy swoja sila i umiejetnosciami nie zawsze jest dla niego laskawa. Oczywiscie jest przez tlum uwielbiany, ale raczej warunkowo, w zaleznosci od zaslug. Slawa i chwala nie trwa wiecznie. Bohater stawia czolo ambiwalencji ludzkich uczuc - kochaja go i boja sie go. A strach zawsze moze przerodzic sie w nienawisc. Samotnosc zatem, zawsze samotnosc i ciezar bycia Innym.
Spiderman jest typowym amerykanskim supermenem. Schemat wypelniony jest przez granatowo-czerwone ubranie, maske, ukochana, ktora sklada sie na oltarzy spolecznego zaangazowania. Ok, niech mu bedzie, ze wielka sila wymaga wielkiej odpowiedzialnosci. Cos w tym jest...
The Incredibles byli dla mnie zaskoczeniem. Pozytywnym. Schemat jakby ten sam. Ale od poczatku wiemy, ze to nie jest "powazna historia" Film zaczyna sie fragmentami z wywiadow z naszymi bohaterami. I chociaz ogladamy to samo, co w kazdej superprodukcji - ucieczki, gonitwy, intrygi, walke dobrego ze zlym, to nie jest ta sama historia! Superherosow, po pierwsze jest wielu. Po drugie, superheros zaklada rodzine. Po trzecie, w decydujacym momencie, Mr. Incredible przyznaje, ze jest slaby, ze obawia sie o swoja rodzine i to rodzinne, wspolne dzialanie prowadzi do szczesliwego zakonczenia. Superhero nie jest sam, wiecej milosc jest dla niego najwazniejsza, to milosc wygrywa z egoistycznym zdobywaniem poklasku i slawy. (Musimy ratowac rodzicow!- mowi mala Niesamowitowna. Ich zycie moze byc zagrozone, a moze nawet gorzej - ich malzenstwo! - dodaje). Niesamowite! Dodatkowym tematem tego filmiku jest problem z samokresleniem sie bohaterow, z samoidentyfikacja. Niesamowici nie sa zwyczajni i nie potrafia byc zwyczajni. Wszelkie proby stopienia sie z tlumem prowadza do depresji i narastajacego zniechecenia. "Maska jest twoja tozsamoscia" mowi niesamowita mama do swojej niesamowitej corki. Niesamowici musza byc tym kim sa. Moga zyc wsrod ludzi, w gruncie rzeczy dziela ich emocje i pragnienia, ich serca sa takie same, roznia sie tylko cialem i "supersila". Tylko tym! The Incredibles jest filmem o amerykanskich idealach, podobnie jak Supermen. O ile jednak Supermen czy Spidermen opowiada o jednostce walczacej ze zlem samotnie, The Incredibles sa wyznaniem amerykanskiej wiary w tolerancje, rodzine i wolnosc bycia tym, kim sie jest.
Dla mnie Niesamowici sa gora. Sa takim ludzkim, nie mitologicznym mitem...
Spiderman jest typowym amerykanskim supermenem. Schemat wypelniony jest przez granatowo-czerwone ubranie, maske, ukochana, ktora sklada sie na oltarzy spolecznego zaangazowania. Ok, niech mu bedzie, ze wielka sila wymaga wielkiej odpowiedzialnosci. Cos w tym jest...
The Incredibles byli dla mnie zaskoczeniem. Pozytywnym. Schemat jakby ten sam. Ale od poczatku wiemy, ze to nie jest "powazna historia" Film zaczyna sie fragmentami z wywiadow z naszymi bohaterami. I chociaz ogladamy to samo, co w kazdej superprodukcji - ucieczki, gonitwy, intrygi, walke dobrego ze zlym, to nie jest ta sama historia! Superherosow, po pierwsze jest wielu. Po drugie, superheros zaklada rodzine. Po trzecie, w decydujacym momencie, Mr. Incredible przyznaje, ze jest slaby, ze obawia sie o swoja rodzine i to rodzinne, wspolne dzialanie prowadzi do szczesliwego zakonczenia. Superhero nie jest sam, wiecej milosc jest dla niego najwazniejsza, to milosc wygrywa z egoistycznym zdobywaniem poklasku i slawy. (Musimy ratowac rodzicow!- mowi mala Niesamowitowna. Ich zycie moze byc zagrozone, a moze nawet gorzej - ich malzenstwo! - dodaje). Niesamowite! Dodatkowym tematem tego filmiku jest problem z samokresleniem sie bohaterow, z samoidentyfikacja. Niesamowici nie sa zwyczajni i nie potrafia byc zwyczajni. Wszelkie proby stopienia sie z tlumem prowadza do depresji i narastajacego zniechecenia. "Maska jest twoja tozsamoscia" mowi niesamowita mama do swojej niesamowitej corki. Niesamowici musza byc tym kim sa. Moga zyc wsrod ludzi, w gruncie rzeczy dziela ich emocje i pragnienia, ich serca sa takie same, roznia sie tylko cialem i "supersila". Tylko tym! The Incredibles jest filmem o amerykanskich idealach, podobnie jak Supermen. O ile jednak Supermen czy Spidermen opowiada o jednostce walczacej ze zlem samotnie, The Incredibles sa wyznaniem amerykanskiej wiary w tolerancje, rodzine i wolnosc bycia tym, kim sie jest.
Dla mnie Niesamowici sa gora. Sa takim ludzkim, nie mitologicznym mitem...
środa, 21 maja 2008
D jak Dom

Dom. Prawdopodobnie jedno z najwazniejszych pojec dla wielu tysiecy, milionow ludzi. Ten fizyczny - z cegly, drewna, gliny; ten emocjonalny - przystan i bezpieczne schronienie; ten ostateczny - nasze wyobrazenie o tym skad przyszlismy i dokad zmierzamy...
Chcialam opowiedziec o domach moich fizycznych. Jakos, z dnia na dzien, coraz mniej interesuje sie "metafizyka" codziennosci:)
Pierwszy moj dom byl na ulicy Ogrodowej. Jedno z piekniejszych miejsc swiata. Niby zwyczajny czteropietrowy blok zamieszkiwany przez ludnosc robotnicza, ale otoczenie uczynilo go dla mnie magicznym. Z balkonu widzialm Piszczela! Piszczele lub Piszczela to zielone, niezagospodarowane miejsce w srodku Sandomierza. To miejsce zimowych slizgow saneczkowych, a letnich wypraw archeologicznych. Najlepsze skarby wykopywalam na gorze Pimpolimpo - skorupki starych garnkow, monety (nawet sredniowieczne), kosci. Piszczela byly grobem dla wojsk tatarskich i lokalnych - historyczna pamietka obrosla zielenia. W Piszczelach mieszkala takze malo juz historyczna Czarna Lapa - czyli nieokreslony zly duch porywajacy dzieci i robiacy z nimi "Bog Wie Co." Im starsza bylam, tym mniej sie balam Czarnej Lapy. Pamietam nawet, ze w wieku 7 lub 8 lat odwazylam sie krzyczec na Nia - przyjdz, pokaz mi sie! Byl to bowiem czas, kiedy sprawdzalam wszelkie Niewiedzilane. Bardzo chcialam zobaczyc dowody na istnienie jakiejkolwiek duchowosci. Piszczela, lekko zamglone i tajemnicze w lecie i calkowicie transparentne zima dostarczyly mi typowego wzorca Arkadii. Moja Arkadia, miejsce zabaw dzieciecych byla po prostu grobem...
Ulica Ogrodowa byla takze domem dla moich zwierzat, ktore w tamtych okresle sprowadzalam z calego miasta. Mama mowila -"ludzie zaczna gadac, ze jestes psia mama i nienormalna" No a ja po prostu rozplywalam sie w milosci do wszelkich skrzywdzonych stworzonek, karmiac je i pielegnujac. Zmiana domu przyniosla zamkniecie mojego "schroniska". Nowe mieszkanie bylo za pachnace, za nowoczesne, za lsniace na caly ten zwierzecy balagan. Przenieslismy sie do ostatniego (wowczas) bloku w miescie. Znowu mialam za oknem zielen i pola. I to bylo dobre. Kilka lat pozniej kiedy wycinali drzewa przed moim domem plakalam, czujac, ze ktos oto ostatecznie zabiera mi moje zielone dziecinstwo.
Przenioslam sie na nasza dzialka. To znaczy w myslach nasz dzialkowy domek uwazalam za swoj. Wyobrazalam sobie zycie na tych paru metrach kwadratowych, za to w otoczeniu kwitnacych drzew owocowych, ziemniakow i pomidorow.
Oczywiscie nasza przeprowadzka do nowego mieszaknia przyniosla korzysci w postaci wlasnego pokoju. Oj, bylze on, byl moim domem. Kiedy nocami siedzialam wchlaniajac magie chemiczna i fizyczna, te cztery sciany byly ostoja chroniaca mnie przed wyparowaniem, zniknieciem. Te cztery sciany odzielaly mnie od swiata, ktory stawal sie coraz bardziej bolesny, coraz mniej zrozumialy.W pewnym momencie jednak wyprowadzilam sie. Spedzilam dwa zwariowane tygodnie w opuszczonym domu niedaleko kosciola Sw. Jakuba. Wielki dom, ktory kiedys moj dziadek chcial kupic mamie, ale ta nie zgodzila, bo slyszala, ze w tym domu straszy, ze jest zamieszkaly przez duchy. Przeprowadzilam sie do nawiedzonego domu i stalam sie jego duchem. Zapalalam swiece i stawialam je w oknach, przytulalam sie do pustych scian. Wyobrazalam sobie siebie, jako osobe, ktora wtedy nie bylam, wyobrazalam sobie siebie szczesliwa.
Szpital psychiatryczny nigdy nie stal sie moim domem.
Potem mialam swoj pierwszy samodzielny dom. Z Bartuszka nazywalismy nasze mieszkanie "domeszkiem". I byl to prawdziwy, zbudowany od podstaw przez nas, dom. Czasami lekko zbyt emocjonalny, z ogromna dawka dramy, z prowizoryczna kuchnia, w ktorej sie nie gotowalo. Ale byl to dom, na osmym pietrze w Lublinie. Potem z Bartuszka mielismy jeszcze inny dom - byly klasztor Bozogrobcow, koszary wojsk austriackich, widok na Wawel. Podobno ludzie czuli w nim nasze szczescie. Ale pewnego dnia kamienica pekla, a syn wlascicielki przyniosl pistolet i polozyl go w przedpokoju. Trzeba bylo zmienic miejsce. Kilka ulic dalej, na Kazimierzu zamieszkalismy na ostatnim pietrze w zydowskiej kamienicy. Uwielbialam to mieszkanie za polke na ksiazki wbudowana w sciane, za drewniana podloge i szafe ze skrzypiacymi drzwiami. Nienawidzilam tego domu za bezsenne noce, za niepokoj i wielogodzinne szlochanie. Przenioslam sie na parter. Z Andzelka malowalysmy szafki, szorowalysmy podlogi, mylysmy okna, kupowalysmy dywany. Kamienica tetnila zyciem i muzyka. Max gral na pianinie, jego kot patrzyl lzawie zza szyby kredensu, Chopen budzil nas przez otwarte okna. Przy okraglym stoliku. przy zielonym piecu pilysmy wciaz herbate. Niekonczacy sie podwieczorek, poza czasem.Byl to jednak dom dzienny, bo nocami walesalysmy sie szukajac czegos tam i wracalysmy nad ranem. Ksiezyc pulchnie zawsze zagladal przez oknem. I wszedzie bylo tak blisko. Nad rzeke, na kaziemierzowskie podworko, na Rynek, na Grodzka do szkoly. Ludzie zagladali do naszego domu czesto. Zawsze wlasciwie ktos pukal. Przez niebieskie kwiatki w oknach przechodnie podpatrywali nasze cienie.
Kilka elementow wlasnych, ktore zawsze sie ze mna przemieszczaly- ksiazki, co roku wiecej i wiecej, lustro kupione "U ruskich" z gipsowymi ramami pociagnietymi zlotolem, koszyki wiklinowe, maly niebieski dzbanuszek. Potem mama kupila mi moje pierwsze wlasne lozko, fotel i stolik. Stalam sie rowniez wlascielka komputera. Oplywalam w rzeczy.
Byl czas, ze mialam dwa domy. I byl to czas pelen leku. Nie mialam jednej szczoteczki do zebow, ale dwie, czesc ciuchow byla tu, czesc tam, czesc ksiazek tu, czesc gdzie indziej. Tak sie zaczela moja bezdomnosc, ktora ciagnela sie przez wiele lat. Tworzylam zwiazki z mezczyznami i nie potrafilam zbudowac, stworzyc domu. Kolejne ulice, kolejne pokoje, zawsze to samo lustro, wiklinowe koszyczki i maly niebieski dzbanuszek. Wyrzucilam lozko i stolik, komputer podarowalam dziecku.
Kupilam tez dom, w ktorym nigdy nie zamieszkalam. Byl pieknie otoczony gorami i lasami. I chcialam w nim zyc - spokojnie, bez pospiechow i dazen. Chcialam piec chleb, chodzic na grzyby, robic wlasny ser. Chcialam prostoty. Ale zycie sie pokomplikowalo. Sprzedaz tego domu umozliwila mi wyjazd do Stanow, spotkanie z moim mezem i stworzenie w koncu przystani.
Mieszkam na ulicy Lesnej, ja Sylwia-Lesna, mam swoje lozko, stolik i cztery krzesla, mam wielka amerykanska kanape i polki z ksiazkami. Kiedy wychodze, przed zamknieciem drzwi, chwile patrze na moje mieszkanie i mysle sobie - oto moj dom. I jestem bardzo szczesliwa.
Dobrze miec dom, dobrze o tym wiedziec.
środa, 14 maja 2008
C - cichosza...
Gdyby ktos zapytal mnie wczoraj o najwazniejsze "c" w moim zyciu, musialabym odpowiedziec - Celtics! Wczoraj po raz pierwszy bylam na meczu amerykanskiej koszowki w ogromnej, jak na Ameryke przystalo, hali wypelnionej po brzegi bostonczykami zakochanymi w swojej druzynie. Trzeba dodac, ze bostonczyk z istoty swojej jest kibicem. Sa cztery swietosci w swiecie prawdziwego kibica - Patriots, Red Sox, Celtics i Bruins. Wiecej swietosci nie ma, w ogole nie ma nic ponad to. Prawdziwy bostonczyk wierzy tylko w swoje cztery druzyny, prawdziwy bostonczyk placi ponad tysiac dolcow zeby zobaczyc mecz, prawdziwy bostonczyk placze, gdy jego druzyna przegrywa... Wczoraj poczulam namiastke swietej sportowej wiary, wsrod tlumu dwudziestu tysiecy osob wrzeszczalam: Let's go Celtics!!! Poza tym jadlam hot-dogi, pilam coca-cole, dla odmiany krzyczalam: "Cleveland sucks!" ; probowalam nawet spiewac z innymi hymn amerykanski, ale stwierdzilam po chwili, ze moja amerykanizacja posuwa sie stanowczo za daleko i ucichlam.
I o ciszy wlasnie chcialam przy okazji mojego wewnetrznego alfabetu opowiedziec. Dla mnie cisza jest jak "przedmiot luksusowy", najwyzszej jakosci, trudno dostepny rarytas. Banalizowanie ( boze, czy taki wyraz w jezyku polskim istnieje?) o roznych ciszach, o kolorach ciszy - o ciszach bialych i szaroburych, o natezeniach ciszy, o emocjonalnym zabarwieniu ciszy, wszystko to zostawiam za soba. Chcialabym po prostu, po cichu, bez szumu nadiaru slow opowiedziec o ciszy mojej codziennej.
Kiedy zamykam drzwi za moim mezem wychodzacym do pracy, zostaje sama w ciszy. Wracam do lozka, nakrywam sie koldra i zanurzam w blogostanie nastepnych kilku kwadransow wypelnionych cichutkim strumieniem mysli. Niczego nie chce wtedy pamietac, niczego nie chce analizowac, nie chce robic planow na dzien, ktory swita za oknem. Leze sobie tak nigdzie nie pedzac i nie spieszac sie do niczego i czuje, ze wreszcie odpoczywam - od snow, od ludzi, od jezykow dwoch i dwoch swiatow moich. Moj towar luksusowy, moja najwspanialsza maseczka pieknosci, moj balsam wiecznej mlodosci, moja kuracja botoksujaca zmarszki codziennych zmagan z rzeczywistoscia.
A czasami wykorzystuje cisze uprzednio zmagazynowa i zapiklowana w sytuacjach nadmiaru slow. Czlowiek, drugie najwazniejsze "C" w moim zyciu, gada nieustannie do siebie i innych. Taka jego natura - kreacja, konstrukcja, kokieteria. Czasami trudno jest czlowiekowi nad dzielami swymi zapanowac. Wtedy rodzi sie chaos zamiast kosmosu. W pewnym momencie zorientowalam sie, ze nadmiar slow wypisywanych i wypowiadanych jest rodzajem tarczy maskujacej strach przed prawda, przed cisza. Slowa i wrzask jest rodzajem upartej samoobrony przed niewidzialnym wewnterznym przeciwnikiem. I zamurowalo mnie. Z otwarta z zadziwienia buzia uslyszalam sama siebie spierajaca sie o racje, siebie negujaca slowa wszystkich znanych mi ludzi - przyjaciol i nieznajomych, uslyszalam w koncu swoj upor. Zrozumialam, ze jestem z tych, co to zawsze maja ostatnie zdanie do dodania, ostatnie "nie" do wypowiedzenia. I zamilklam. Teraz w sytuacjach dialogu z drugim czlowiekiem otwieram zlota nakretke z balsamem ciszy - chce sluchac!, chce milczec!, chce zobaczyc czlowieka odbijajacego sie we mnie. Pyszna jest ta cisza. Ale dawkuje sobie ambrozje starannie, bo wiele mnie ona kosztuje - wysilku przymkniecia siebia, mojego nie pocieszonego i nie uciszonego ego. Niesamowite, ze po trzydziestu latach gadania, zdecydowalam sie takze posluchac, nie tylko sluchac.
Mam w swoim zyciu jeszcze jedna cisze, ktora uwielbiam. To cisza tuz po dobrym treningu aikido, kiedy siadam w seiza i czuje jak moje cialo pulsuje z radosci (hmm, nie mowie tutaj o seksie, chyba). W tym milczeniu takze mnie nie ma, nie ma mojej gadatliwej, oceniajacej, rozdrabniajacej i logicznej swiadomosci. Nie ma cogito, a jestem, cicho.
Jest jeszcze jedno wazne C. C jak ciastko. Nic na to nie poradze, ze uwielbiam slodycze, ze moglabym sie zywic wylacznie ciastem z jablkami, ze pierwsza ma poranna mysla jest mysl o ciastku z kremem. Cukier jest moja podstawowa substancja dietetyczna.
***
Ach, ciagle slysze ten kawal, wiec w koncu musze go zapisac.
Starszy mezczyzna lezy w lozku, jest umierajacy. W pewnym momencie czuje zapach gotowanych i smazonych pierogow. I nagle czuje, ze zycie znow w niego wstapilo, czuje sie silniejszy i zdrowszy. To tylko iluzja. Ale zapach pierogow wyciaga biedaka z lozka, Powloczac nogami, z pomoca swojej laski dociera do kuchni. Raj! Jego polska zona faktycznie robi pierogi, cale misy pierogow. "Dziekuje kochanie, ze zrobilas dla mnie ostatni raz pierogi" - mowi i juz chce zlapac pierwszy z brzegu pierozek gdy slyszy: "Zostaw to, te sa na pogrzeb!"
czwartek, 1 maja 2008
1 Maja
Dzis zaczelam prace dla World Citizens Party.
Hmm, dzisiaj wiec powiem tak:
The starting point for a better world is the belief that it is possible.:)
So maybe WCP's call for the World Democratic Government is a good beginning...
Hmm, dzisiaj wiec powiem tak:
The starting point for a better world is the belief that it is possible.:)
So maybe WCP's call for the World Democratic Government is a good beginning...
środa, 30 kwietnia 2008
B jak Bardzo
B w moim zyciu to po prostu "bardzo wiele rzeczy". Przez jakis czas myslalam, ze jestem "skazana na B". Zaczawszy od tego, ze wszyscy mezczyzni, w ktorych sie zakochiwalam mieli imie lub nazwisko zaczynajace sie na B, poprzez moj pierwszy wielki zakup - dom w Baczynie kolo Suchej Beskidzkiej, cudowne spedzone chwile w Bochencu, Bukownie, no i teraz przyszlo mi mieszkac w Bostonie. Ale najwazniejsze B w moim zyciu, B z ktorego to wszystko wynika, i w ktorym to wszystko spoczywa jest B jak Bog, jak Buddyzm. I nie jest to paradoks, a jesli jest, to niech tam, niech sobie bedzie. Ten paradoks jest dla mnie bardzo wazny, najwazniejszy.
Ja i Bog mielismy dluga i ciezka droge do przebycia, zanim sie wzajemnie zaakceptowalismy. Lubilismy walczyc o pierszenstwo racji, pierszenstwo wizji i kreacji. Czasami pozwalal mi wygrywac, czasami byl nieustepliwy i doprowadzal mnie tym do szalu, bo kompletnie nie rozumialam takiej zawzietosci, nie chcialam Go sluchac. Persfadowalam jak dziecku: nie zawsze mozna miec racje, czasami trzeba wysluchac czlowieka, bo a nuz jego opcja ma cos w sobie, nie mowie, ze jest lepsza, co to, to nie, ale moze wniesc jakas nowa jakosc, w koncu czlowiek ma ta wyobraznie i wolna wole nie od parady. Wydawal sie sluchac... Czasami.
Czasami moja zawzietosc byla zadziwiajaca. Uparcie nie wierzylam. Rozmawialam z Nim, klocilam sie z Nim, pertraktowalam i bylam przekona o Jego nieistnieniu. Za kazdym razem nie wahalam sie mu Tego wypomiec: "A Ciebie po prostu nie ma, nieobecni nie maja racji". Spuszczal wtedy glowe i przytakiwal: "Jesli tak uwazasz, ok, nie ma mnie". Och jakze mi bylo w takich chwilach przyjemnie. Moj Bog bardzo mnie sluchal i zaczynalam Go lubic za ta spolegliwosc i zgodnosc. Moj ateizm byl wiec na wskrosc przesiakniety Bogiem. Bogiem zgadzajacym sie ze mna, Bogiem poslusznym, Bogiem nieobecnym.
Ale Bog i ja jestesmy zbyt blisko siebie by godzic sie na takie tymczasowe kompromisy. Troche pogadalismy, troche wzajemnie sobie poplakalismy. Poplakalismy sobie glownie nad czlowiekiem i swiatem. Tutaj wlasnie pojawil sie w moim zyciu buddyzm, ktorego konstatacje o kondycji wszechswiata i praw nim rzadzacych uznalam za jak najbardziej sluszna, a moj Bog tylko pokiwal glowa: "Tak, tak, kazdy skutek ma swoja przyczyne; zycie jest procesem, swiadomosc jest procesem, wszechswiat jest ciagle zmieniajaca sie energia". I w ten sposob w moim zyciu pojawila sie wiara. Bo moj Bog powiedzial, ze tak to wyglada i ja w to uwierzylam. Na amen. Bez cienia watpliwosci. I kiedy zrozumialam, ze dostalam cos niesamowitego- laske wiary, inaczej, jakos tak bez agresji spojrzalam na Boga. Czulam sie wdzieczna, ogromnie wdzieczna, nieskonczenie wdzieczna. I On tez. Czulam sie na miejscu. I On tez. Czulam sie pogodzona. I on tez. Pewnie. Tak na prawde nie wiem jak On sie czul, bo to nie moj biznes jest.
Ale od tamtej pory po prostu gadamy, bardziej po ludzku, tak sobie dialogujemy w najlepsze i ufam mu bardzo, najbardziej. Bardziej niz sobie. W koncu to Bog jest!
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Poczatek alfabetu - aikido.

Moj alfabet "rzeczy istotnych" zaczyna sie od A.
A jak aikido.
Nie jestem chyba w stanie wyliczyc wszystkich konsekwencji wewnetrznych i zewnetrznych, zwiazanych z moja aikidocka praktyka.
Jest cos uzalezniajacego w aikido. W dojo mozna spotkac ludzi, ktorzy cwicza od lat 30 - 40 i wciaz zywa jest ich pasja. Nie wiem, czy aikido jest sztuka samoobrony; nie wiem, czy jest efektywne; nie wiem czy jest techniczne doskonale, miekkie czy twarde...Dla mnie istotne w aikido jest to, ze z czasem przynosi pewnego rodzaju pewnosc, ktora nie jest egocentryczna; jest raczej uniwersalna... Pewnosc wynika z przyswojenia zasad, ktorych nikt nie zwerbalizowal...Wiec milcze o tym.
Na poczatku, pamietam to doskonale, cieszylam sie z samego ruchu, z tego, ze kazdy trening byl wyzwaniem dla mojej pamieci ruchowej. Jak w szkole musialam zapamietac rodzaj ruchomego wiersza - wers po wersie musialam nauczyc sie recytacji. Dodatkowym elementem kazdej lekcji bylo to, ze zawsze towarzyszyla mi druga osoba, zywy czlowiek odtwarzajacy swoj wierszyk. Obydwoje dostawalismy ten sam skrypt, a jakze rozna byla interpretacja. Roznorodnosc mnie zachwycila. Zrozumialam, ze na tych lekcjach dowiaduje sie nieslychanych rzeczy nie tylko o moim partnerze i jego osobowosci widocznej w ruchach i reakcjach, ale i o sobie. Wielokrotnie przylapywalam sie na agresji, niespodziewanej zlosci, checi bycia lepsza niz jestem, zniecheceniu, nieufnosci, proznosci, egocentryzmie, a przede wszytskim na strachu. To kim jestem poza mata, przeklada sie na to, kim jestem na macie. Ale wraz z praktyka - stopniowym zapominaniu o sobie recytujacej, zaczely pojawiac sie chwile, w ktorych byl tylko wiersz, czysta poezja i jako jej nosnik pozostawalam dla siebie samej nieomal niezauwazalna. Aikido stalo sie czescia mnie, albo ja stalam sie czescia aikido. Dlatego zawsze powtarzam: aikido zawdzieczam lepsza czesc mnie.
Prawdziwym wyzwaniem stalo sie jednak bycie uchi-deshi. Oto jestem w dojo, w centrum Manhatanu i jedynym moim obowiazkiem jest cwiczyc, cwiczyc, cwiczyc. Hmmm, no jeszcze sprzatac dojo i odbierac telefony... Przez pierwszy miesiac czulam sie jak w raju - robie to co kocham i nic wiecej nie musze. Potem zachorowalam. I pewien czlowiek w dojo przekazal mi lekcje o aikido. "Aikido
W sobote pojechalam do NYC spotkac sie z moim polskim nauczycielem. Cud wiary powrocil do mnie na chwile. Czysta przyjemnosc cwiczenia, bycia z ludzmi, obierania ich emocji i reagowania na nie. Smiech.
Zawsze mi bedzie tego brakowalo. Bede tesknic za moim polskim sensei. Moj polski sensei mowil o zwycistwie nad bolem i strachem, ale ja zapamietalam te momenty, w ktorych cale dojo sie po prostu smialo i lekkosc "nie-dazenia" unosila sie w powietrzu.
Moj wielki sensei , ktorego rowniez brakuje mi w Cambridge na pytanie o 5 zasad aikido odpowiada - pokoj i milosc. I wlasnie w to aikido ja wierze. Sam sensei walczy ze swoim nalogiem palenia i w chwilach slabosci ( a ma ich wiele) po prostu kocha ludzi i muzyke. Jest czlowiekiem. I boli go glowa nastepnego dnia, nie cwiczy. Moj wielki sensei jest doskonalym aikidoka. A ja przestalam chciec byc doskonalym aikidoka. Chce sobie po prostu trenowac i byc czlowiekiem. Niedoskonalym.
piątek, 18 kwietnia 2008
Kilka uwag o terazniejszosci

Kazda noc bogata jest w sny. Moje mieszkanie musi "cos w sobie miec", bo jeszcze nigdy, w zadnym miejscu na swiecie, w ktorym mialam przyjemnosc i nie przyjemnosc mieszkac, nie mialam tylu snow. Moja mama zasugerowala rozwiazanie kosmiczne - skorupki jajek nalezy polozyc pod lozkiem. Wiem, ze jej "wiedza" przekracza wielokrotnie moje zrozumienie swiata. Kiedys nie moglam sie z tym pogodzic i przeciwstawialam sie maminym "przesadom". Ale starzenie sie, w moim przypadku, oznacza wieksza dawke ugodowosci i otwartosci na inne "ego". Skorupki z jajek przyniosly spokojny sen mojego meza. Spi jak dziecko. Raz na tydzien do miseczki pod lozkiem dokladam nowe wapienne skarby, swieza energie spokoju. Pomaga.
Moje senne "koszmary" nie sa tak posluszne. Cala ma zawzietosc i upor skoncentrowaly sie w "poswiadomosci", ktora nie chce sluchac modrosci Prawiecznej. To znaczy, spie o wiele lepiej, ale wciaz kazda noc jest rodzajem podrozy do przeszlosci. Jakbym nie mogla sie z nia rozstac... Tak, bo kazdy sen to rodzaj historii, ktora przenosi przeszlosc w terazniejszosc.
Od wielu juz miesiecy jestem odizolowana od mojej przeszlosci, co sobie chwale i blogoslawie. Oddalenie fizyczne pomaga mi "zlapac dystans". Jak doktor Jackyl i mister Hyde istnieje jednak Sylwia dzienna i Sylwia nocna. W dzien jestem szczesliwa i pogodzona ze swoim zyciem; wybaczylam sobie swoje bledy. W dzien wydaje mi sie, ze wszytsko jest pod kontrola swiadomosci, ze kazde uczucie jest mi znane, ze znam motywy swojego postepowania.W nocy swiat powraca w innym porzadku - nieprzewidywalnym za dnia. Kazde uczucie odslania swoja ukryta nature - strach i resentyment.
Prawie dwa lata temu przeprowadzilam na sobie terapie wstrzasowa i wydawalo mi sie, ze dotarlam do najglebszych pokladow swojego strachu.
W moich snach terazniejszych widze siebie otoczona przez ludzi, ktorych kochalam (kocham) i kazda krzywda doswiadczana w przeszlosci wraca odbita w innym zwierciadle. Jeszcze raz doswiadczam bolow rozstan, klotni, jeszcze raz jestem w srodku sytuacji, w ktorych nie wiedzialam jak powinnam sie zachowac. I mam okazje zmienic bieg wydarzen! Bo jestem w tych snach soba terazniejsza, mam wiedze o tym, co nastapilo pozniej. Moge wprowadzac korekty i ogladac sen pt. "co by bylo, gdybym wtedy postapila inaczej, zachowala sie inaczej..."
Tak na prawde zmiany sa tylko chwilowe, ogolna suma zawsze sprowadza sie do mnie w dniu dzisiejszym. Zadna alternatywa nie jest lepsza od tego, co w rzeczywistosci sie wydarzylo, zadna nie jest gorsza. Ale meczy mnie ciagle spotyknie sie w nocy z moja przeszloscia. Z nocy na noc dzwigam ciezar swojej historii. Jakbym byla zbudowana z jakiejs bardzo delikatnej substancji, w ktorej kazde wydarzenie wyrzezbia skaze, ryse, natychmiast utrwalana i nieusuwalna. Mam tylko nadzieje, ze sny sa ostatnim miejscem oporu mojej przeszlosci. Kazdy jej fragment przepracowalam swiadomie, teraz pora na oniryczna bitwe. Mam nadzieje, ze pozwole wygrac mojej historii i w koncu sie uspokoi, poczuje zaakceptowana:)
***
Chodze znow do szkoly! Od dwudziestu paru lat chodze do szkoly! Chyba lubie sie uczyc...A moze to kwestia wiecznych kompleksow, wiecznego czucia sie "nie do". Niewazne. Tym razem ucze sie sztuki dyskusji po angielsku i czytam angielska literature. Uwielbiam swoj nowy jezyk, chociaz sprawia mi tyle klopotow i meka jest moja codzienna. Moje wspolklasowiczki ( same kobiety!) tworza cudowna mieszanke kultur - Japonia, Wietnam, Tajwan, Korea, Belgia, Bulgaria, Niemcy, Wenezuala, Brazylia, Egipt, Maroko, Iran i Polska. Dyskusje na temat roznic kulturowych, stereotypow myslowych, polityki, religii, etykiety i etyki, mniam, mniam, czysta przyjemnosc. Uwielbiam te lekcje. Wczoraj rozmawialismy o sytuacji kobiety w Ameryce, w porownaniu do naszych krajow. Dyskusja zaczela byc bardzo osobista. I nagle okazalo sie, ze niemal wszystkie opowiadamy ta sama historie. Dobra praca i wyksztalcenie w naszych krajach ojczystych i nagle ta Ameryka, w ktorej z powodu jezyka, badz roznic kulturowych czujemy sie lekko wyobcowane; ta Ameryka , w ktorej chcemy znalezc swoje miejsce i byc soba - nie sprzataczka, nie po prostu zona, gospodynia domowa, wyprowadzaczka psow...Chcemy swojej malutkiej niezaleznosci i godnosci. Nie jestem wyjatkowa! Hurra!
***
Kolejna sprawa jest moja praca. Dostalam prace! Cud! Bede pracowac dokladnie tak samo jak w Polsce. Cud! CUD!
Jutro pierwsze spotkanie zarzadu mojej organizacji: World Citizens Party - Partia Obywateli Swiata. Jest to organizacja non-profit.Glownym celem WCP jest reorganizacja Organizacji Narodow Zjednoczonych tak, by utworzyc wielonarodowy organ egzekucyjny i prawodawczy skladajacy sie z przedstawicieli wszystkich krajow nalezacych do ONZ, wybranych w proporcjonalnych, demokratycznych wyborach; taki Rzad na poziomie globalnym. WCP ocenia ONZ jako organizacja lekko juz skostniala i wymagajaca odswiezenia, po to, by sprawnie reagowac na zagrozenia pojawiajace sie na swiecie.
WCP ma takze swoje ambicje wyborcze, jako tak zwana "trzecia partia" liczy na poparcie w wyborach parlamentarnych.
Glownym zadaniem WCP sa dzialania pro-pokojowe - lobbing przeciw-wojenny ( a wiadomo, ze ten temat stanowi teraz w Ameryce top hot 10).
Dostalam piekne stanowisko zatytulowane managing director. Nie wiem co z tak piekna nazwa poczac. Ale sytuacja przypomina mi mocno moja polska przeszlosc.
Partia dostala w spadku jakies pieniazki i bedzie wydawac je glownie na ulotki, organizacje zebran, ewentualnie jakies materialy anty-wojonne, pro-edukacyjne.
Oczywiscie boje sie jak cholera, o ile w Polsce mialam swoja bron - jezyk, tutaj jestem tego pozbawiona. Ale biore na siebie to wyzwanie. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni...
czwartek, 3 kwietnia 2008
Historia pewnej kobiety
Ojciec Dany byl pastorem, murzynskim wieszczem, ktorego kazania porywaly tlumy. W czasie gdy on zakladal kolejne koscioly, jego zona rodzila dzieci. Dana byla ostatnia. Swieta rodzina przemieszczala sie z miejsca na miejsce znajdujac coraz to nowych wyznawcow, spiewajac i wielbiac Pana w duchu Gospel. W koncu pastor zostal "biskupem". Nie mozna bylo wspiac sie wyzej. Przez lata religijnej tulaczki Dana nie mogla znalezc przyjaciol, wszedzie byla za krotko zeby nawiazac prawdziwe relacje; zyla sobie zatem w swiecie swoich marzen. Marzyla zeby byc piekna - jak jej siostra, ale nie byla. Marzyla, zeby miec talent aktorski - jak jej brat, ale nie miala. Marzyla o dobrym wyksztalceniu, ale jakos nie mogla skupic sie w szkole. Byla gruba, bardzo gruba. Nie spotykala sie z nikim, bo wstydzila sie swojego ciala. Wiedziala, ze w tym ciele jest jakas dusza, ale nie mogla jej znalezc pod faldami tluszczu. Czula sie bardzo samotna w tej wspanialej rodzinie, w ktorej wszyscy gdzies biegli, by sie spelnic, by zostac zauwazonymi... Ona nie musiala sie starac, zawsze byla zauwazana, trudno bylo przegapic takiego hipopotama.
Niektorzy lubia grube dziewczynki. Miala 19 lat kiedy jej dziadek w piekne letnie popoludnie zgwalcil ja. Nikomu nie powiedziala ani slowa. Wziela prysznic. Powtorzylo sie to jeszcze pare razy. Nic nie mowila, brala prysznic. "Zmyjesz sobie skore" - ostrzegala mama. Wlasnie skonczyla 20 lat, gdy wyladowala w szpitalu. Odeszly jej wody plodowe. Urodzila syna. Wszyscy byli zaskoczeni bo nikt nie wiedzial o ciazy. Ojciec przyjechal po nia do szpitala. Powiedzial - wszystko bedzie dobrze. Pierwszy raz w zyciu pomyslala - tak, wszystko bedzie dobrze, bo mam teraz syna, ktoremu dam milosc; mam kogos. Ojciec wsadzil ja do samochodu i pojechali do domu. Samochod zatrzymal sie tylko raz na swiatlach. Otworzyly sie drzwi, czyjes rece wyrwaly zawiniatko z niemowlakiem. Pustka w brzuchu i pustka przytulana do serca bolaly Dane. Ojciec powiedzial - wszystko bedzie dobrze, jestem pastorem, a ty wrocisz do szkoly. Od tamtej pory nie bylo dnia, zeby nie myslala o swoim synku. Uczyla sie i chudla. Pewnego dnia obudziwszy sie i spojrzawszy w lustro zobaczyla dziewczyne, ktora zawsze chciala byc. Piekna, mloda, wyksztalcona murzynke, corke pastora 6000 kosciola. Byla gotowa zaczac wszystko od nowa. Dawno przebaczyla swojemu dziadkowi - byl niewolnikiem, na jego plecach zaznaczono pietno nieposluszenstwa, wyryto cudza wole; mial ciezkie zycie. Pewnego dnia przyszedl do Dany mezczyzna. Powiedzial: zakochalem sie i chce zebys zostala moja zona. Zgodzila sie iustalila termin nastepnego spotkania z kalendarzykiem w reku. Kilka dni pozniej pod dom podjechal samochod z dobrze zapowiadajacym sie prawnikiem. Powiedzial: zakochalem sie i chce zebys byla moja zona. Zgodzila sie i zastanawiala sie jak splawic poprzedniego kandydata. Pewnego wieczoru w domu rodzicow goscil mlody, przystojny doktor. Powiedzial: potrzebuje Cie. Natychmiast wyszla za niego za maz. Tylko on znal szyfr do jej serca - potrzebuje Cie! Teraz miala projekt. Uczynic zycie swojego mezczyzny pieknym i szczesliwym. Nie bylo latwo. On pil, ona wciaz jadla, wracajac do swojej natury - ukrycia. Urodzily sie im dzieci. Peter nie wracal zbyt czesto do domu - byl zajety "robieniem pieniedzy" i piciem oczywiscie. Zaczela go sledzic, ukryta pod kocem na tylnym siedzeniu samochodu, popadajac w chorobliwa zazdrosc. Kiedy zadzwonila do domu ze szpitala z wiadomoscia "mamy syna" telefon odebrala inna kobieta. Mimo to wciaz kochala swojego meza, wciaz wierzyla w swoj projekt. Jeszcze wszystko jest mozliwe. Stworzymy dom idealny. Powtarzala.
Nic jednak nie bylo idealne. Kiedy corka miala lat nascie przyszla do Dany i oswiadczyla: jestem lesbijka. "Nie, nie jestes" - odpowiedziala Dana. Przez 10 lat nie widziala swojej corki, ktora blakala sie po swiecie w poszukiwaniu milosci. Jak wszyscy. Pewnego dnia Dana dostala telefon: "Mamo, wychodze za maz". Jak to? - pomyslala Dana, ale nie pytala sie o nic , tylko wsiadla w samolot i poleciala zobaczyc wybranke serca swojej corki. To byl mezczyzna. Corka Dany byla szczesliwa. Jej malzenstwo nie trwalo jednak dlugo. Po 6 miesiacach maz corki umarl.
Rok pozniej syn Dany powiedzial: "Mamo, jestem homoseksulista". OK - powiedziala Dana. "I mam AIDS" - dodal. " Nie, nie masz" - odpowiedziala Dana. Nie chciala go stracic. A jednak. Dwa lata pozniej, Dana i jej maz siedzieli przy lozku szpitalnym patrzac jak ich syn odchodzi. Prawie nie plakali. Czuli dziwny spokoj. Maz Dany nie pil juz od paru lat, ona w koncu nie zajadala swoich nadzieji. Kilka lat pozniej Dana pozegnala sie z Peterem. Podziekowal za projekt, przeprosil za niemozliwosc realizacji. Oboje sie smiali.
Cztery lata temu, siostra Dany zaprosila ja na swieta. Przy swiatecznym stole wyznala, ze jej drugi syn jest adoptowany, jest wlasciwie dzieckiem Dany. Po czterdziestu latach Dana trzymala w ramionach swojego synka.
Jest nadzieja - powtarzala caly czas. I wiara. A najwazniejsza jest milosc - milosc bezwarunkowa. Trudno sie jej nauczyc. Ale teraz ja czuje...
Nie moglam powstrzymac placzu. Przez moment mialam wrazenie, ze rozmawiam ze swieta. Ale nie, to byla zwyczajna kobieta po siedemdziesiatce...
Subskrybuj:
Posty (Atom)